Reprezentacja DISS przygotowuje się do dyskusji przy śniadaniu (przyjemne z pożytecznym;])
Będziemy jutro rozmawiać o poziomie edukacji wyższej w "Pytaniu na Śniadanie".
Do zobaczenia o 8.30 w TVP2;))
piątek, 29 listopada 2013
wtorek, 26 listopada 2013
MY SŁOWIANIE, DONATANIE!
Po krótkim wstępie do teledysku
człowiek, wie czego może się spodziewać. Ja swoją lekcję odrobiłam: poczucie
humoru MAM, DYSTANS również, ciśnienie raczej w normie, a uwiąd starczy
mi nie grozi. Dobra. Wchodzę! A raczej oglądam!
„NAGOŚĆ”, „OBRAZA”, „PORNOGRAFIA”
![]() |
| www.eska.pl |
DONATAN ROBI TO „NA SERIO?”
Cleo – niezwykle uzdolniona
wokalistka - jest motorem napędowym całej piosenki, która jest naprawdę dobra! Ludowość, wieś,
ubijanie masła (czy to naprawdę takie dziwne?) w połączeniu z dość ironicznym
tekstem łamiącym stereotypy naprawdę nawet przez chwilę nie pozwala pomyśleć,
że Donatan robi to wszystko „na serio”. Czy gdyby tak było, to zalecałby
konsultację z lekarzem lub
farmaceutą? To tak, jak opowiadając żart, ostrzegać: „uwaga, a teraz będzie
śmiesznie”. Czy mamy się czego wstydzić?
SŁOWIAŃSKA KREW
Donatan znalazł świetny sposób na
ludowość i konsekwentnie go wykorzystuje w swoich utworach. Słowiańskiej krwi nie można się wstydzić, a dziewczyn o słowiańskiej
urodzie tym bardziej. Charakterystyczne ludowe brzmienia w połączeniu z dość
odważnym teledyskiem sprawiły, że Donatanowi udało się wywołać dyskusję i zdobyć to, o co wielu
artystów w Polsce walczy – żywe zainteresowanie odbiorców. Nic dziwnego, że teledysk na
youtubie ma już prawie 20 milionów odsłon!
Dlatego Donatanie! Jak
najbardziej – idź tą drogą!
J.
J.
piątek, 22 listopada 2013
Rynek (bez) pracy
Skoro rozpoczęłyśmy temat edukacji, nie da się nie wspomnieć
o zdobywaniu ‘doświadczenia’, czy to w trakcie studiów, czy już po. Bo wiadomo,
że bez doświadczenia w szeroko pojętych branżach nie ma szans, tak mówią...
Każdy z nas jest jednak w stanie sam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy
rzeczywiście tak jest. Moim zdaniem nie. Warto pomyśleć o czymś własnym na
przykład niż być zdanym na łaskę bądź niełaskę innych ;) Ale wracając do tematu
- walka o darmowe praktyki trwa, wyścig nabiera tempa, słyszałam historię osoby,
której na samym początku (o dziwo!) zaproponowano wynagrodzenie. Szczęście
jednak nie trwało długo, kiedy otrzymała informację, że zgłosił się ktoś, kto
zaproponował, że jest w stanie zrobić to za darmo. Dlatego zastanówmy się, kto
napędza ten wyścig szczurów? Sprawdza się powiedzenie, że wina leży pośrodku. Z
jednej strony pracodawcom jest to zdecydowanie na rękę – żyć nie umierać,
przyjdzie stażysta, zrobi to, za co zwykły pracownik musiałby dostać
wynagrodzenie, później odejdzie, ale przecież przyjdzie nowy i interes się
kręci. Z drugiej strony studenci sobie na to pozwalają, licząc, że dzięki temu
zyskają to sławne cenne doświadczenie i wpis do CV. Może i całkiem logiczna
wymiana, ale większość robi to nie z powodu tego, że chce działać w danej branży,
a jedynie dla samej możliwości oznaczenia się na fejsbuczku w niezwykle
ważnej instytucji bądź sprostania wymaganiom swoich rodziców. Może warto skupić
się na praktykach w biurach poselskich? Wiadomo, polityka = prestiż =
pieniądze. Myślenie z cyklu: „Jak ja tam pójdę i mnie zobaczą, to od razu zajmę
jego/jej miejsce, drżyjcie!” No cóż, jak to się mówi: „ Jak ja w siebie nie
uwierzę, to kto to zrobi za mnie?”
A jak wygląda rekrutacja? Przez ciernie do gwiazd! Rozsyłasz
CV wierząc, że ktoś to przeczyta, ok, udaje się, idziesz na rozmowę, i co?
Rekrutacja prawie jak na stanowisko głównego dyrektora czy przewodniczącego
Komisji Europejskiej, czyli musi być trudno, skomplikowanie i szczegółowo.
Ostatnio słyszałam kilka takich opowieści, przy których znany niektórym egzamin
z prawa gospodarczego UE to pikuś. „Proszę mi powiedzieć, w którym kwartale
Polska (….)?” Słucham? To pytanie do mnie? Odpowiadam. Pod koniec dostaję
informację, że na to stanowisko od dawna nikogo ‘nie zatrudniają’ bo nikt nie
spełnia ich wymagań ;) Aż boję się myśleć, jakie wymagania stawiane są osobom,
które nie pracują za darmo. Ale zapomniałam, przecież to PRESTIŻ! Powinniśmy
być wdzięczni, że w ogóle mieliśmy okazję zostać zaproszeni na rozmowę –
DZIĘKUJEMY ;)
Przychodzisz do swojego miejsca ‘pracy’, a tutaj większość
osób jakby z innego świata, nikt nie mówi, jeśli już to tylko kiedy chodzi o
wydawanie poleceń (widocznie pomieszczenia są małe i nie chcą zabierać tlenu
np.), głowa uniesiona do góry (przecież nie będę bratać się z ludem, a już na
pewno nie ze stażystą), czasami spojrzy przychylniejszym wzorkiem kiedy mamy z
czymś problem (wiadomo, to JA jestem niezastąpiony ;)) Dlatego zastanówmy się,
na czym polega fenomen tych darmowych praktyk? Jest to niezwykle fascynujące,
że na przestrzeni kilku lat w tak znaczącym stopniu to się przyjęło! W
większości zagranicznych firm praktyki są płatne, u nas jak chce się wyjechać
na placówkę zagraniczną to za wszystko trzeba zapłacić, bo to jest oczywiście
PRESTIŻ, więc na początku najlepiej na te praktyki ZAROBIĆ ;)
A czemu by nie spróbować swoich sił na jakiejś wielkiej
imprezie o zasięgu międzynarodowym? Świetna okazja nadarzyła się właśnie teraz!
W Warszawie zrobiło się zielono, a nasz basen narodowy zapełnił się
przedstawicielami z całego świata. Wiadomo… Polska znana jest z dobrego
jedzenia. Łatwe i bezproblemowe zarobienie pieniędzy? Właśnie – obsługa gości w
szeroko rozumianym bufecie. Na pierwszy rzut oka – zajęcie raczej mało
wymagające, w dobrej atmosferze i międzynarodowym towarzystwie. Czego chcieć
więcej?
Pierwszy dzień w pracy. Szkolenie jak na Polskę niezwykle
profesjonalne (całe 3 minuty) i wszystko
jasne. Dań do wyboru? Jakieś 100. Gości
do obsługi? 10 razy tyle. Tyle, że o tym kolega absolwent dowiaduje się dopiero
na miejscu w czasie pierwszego starcia (ciężko nazwać to pracą:]).
Miejsce starcia – BUFET. Godzina – PORANNA. Szkolenie – 3 MINUTY. Do obsługi – 30 OSÓB NA MINUTĘ. Szok, niedowierzanie? Nic z tych
rzeczy. Na to po prostu nie ma czasu, bo tłum już napiera ;] Towarzystwo
międzynarodowe ma wymagania. Dlatego też lista dań składała się z około 100
pozycji. Ceny? Jak na brak gwiazdki Michelin dość wysokie (Coca-Cola 3 euro,
herbata 2 euro, a cena za rybę sięgała nawet 100 zł). Powiedzmy, że dana osoba
dokonała wyboru dań, nałożyła na talerz to na co miała ochotę i co dalej? Prawdziwe
starcie odbyło się dopiero przy kasie, kiedy osoba po 3-minutowym szkoleniu
trzymając w ręku listę 100 dań miała określić, co właściwie na tym talerzu się
znajduje. Zapomniałam o najważniejszym – lista nie została opatrzona żadnymi
zdjęciami, a wybieranie wśród 5 rodzajów kurczaka mogło okazać się czymś
lepszym niż gra w monopol. Bo to co łączy te dwie zabawy to przede wszystkim
biznes. A jak wiadomo, biznes musi się opłacać, choć w tym przypadku
niekoniecznie przywołanym wcześniej absolwentom. Palcem po liście można było
jeździć do woli, gorzej gdy danie, które wydawało nam się kurczakiem okazało
się rybą za 100 zł. Wtedy różnicę zwracało się szanownemu klientowi z własnej
kieszeni. ;] I w tym momencie zamiast pionkiem kilka oczek do przodu nasz gracz
musi niestety zrobić parę kroków w tył i zamiast myśleć o zarobku stresować się
tym czy przypadkiem nie wyjdzie na zero J
Goście zagraniczni szybko poczuli, że gra świeczki nie jest warta i przerzucili się na stołowanie
w hotelowych …. pokojach, gdzie w gronie przedstawicieli ze swoich krajów mogli
delektować się potrawami z „polskich” półek takich jak Auchan czy Carrefour
Express;]
Kiedy nie
możemy znaleźć w miarę ambitnej (czytaj: siedzącej i przy komputerze) pracy ani
za pieniądze, ani też bez, pozostaje nam ostatnia deska ratunku: PRACA FIZYCZNA. Jej szczególnym podgatunkiem, którego popularność wśród polskich
studentów wzrasta z roku na rok, jest gastronomia. Dlaczego przyszli
menadżerowie, socjologowie, filologowie, ekonomiści itp. uznają za swój punkt
honoru poznać tą fascynującą branżę dosłownie od kuchni? Po pierwsze – jest to
szybki pieniądz niewymagający żadnych kwalifikacji (czyli akurat dla
humanisty). Po drugie – nasze wyobrażenia na temat zawodu kelnera/kucharza
wypaczyły amerykańskie filmy i seriale, w których praca w knajpie ukazywana
jest jako świetny okres w życiu, niezbędny element „prawdziwego” przejścia w
dorosłość, okazja do poznawania świetnych ludzi i wyrywania osobników płci
przeciwnej. Pełno jest pogaduszek, śmiechu, dobrego jedzenia na wyciągnięcie
ręki, ogólnie wygląda to wszystko jak dobra zabawa, za którą ci płacą – więc po
prostu CHCESZ to przeżyć i zobaczyć, jak to naprawdę jest.
I tu
zaczynają się gorzkie rozczarowania. Pierwszy szok przeżywasz, kiedy okazuje
się, że ta robota nie polega na ciągłych plotkach przy barze – musisz być cały
czas w ruchu. Menadżer restauracji, zachowujący się najczęściej jak poganiacz
niewolników, smaga cię swoim ostrym wzrokiem niczym batem w każdej chwili,
kiedy przestajesz biegać. Jeśli Twoja prędkość wynosi średnio 100 km/h, to jest
dobrze, w przeciwnym razie uzna, że się nudzisz, więc zaraz wymyśli dla ciebie
zadania dodatkowe: szorowanie fug między kafelkami na podłodze, dezynfekcję
wszystkich lodówek lub też odkurzanie półeczki wystawowej, na której spoczywa
100 butelek wina. Klienci patrzą co prawda nieco zdziwionym wzrokiem, kiedy zaczynasz
pracę ze żrącymi środkami chemicznymi nad ich obiadem, ale co tam – menadżer
musi widzieć, że praca wre! Dodajmy, że twój ruch musi trwać około kilkunastu
godzin, gdyż tyle wynosi czas pracy w polskiej knajpie. Właściciel najczęściej
uważa, że nie opłaca mu się dzielić dnia na dwie zmiany, dlatego kelner pracuje
od otwarcia do zamknięcia. Na pewno więc, myślisz sobie, taki pracownik ma
chociaż dłuższą przerwę, dobry obiad – w końcu pracuje w restauracji, więc
chociaż porządnie go wyżywią. Znowu błąd – siadanie w czasie pracy jest surowo
zabronione, budzi większe zgorszenie niż spożywanie alkoholu (co się zdarza i
jest akceptowalne). Aby nie kusić podstępnych kelnerów, w rejonie ich pracy: za
barem, na kuchni, na zapleczu – nie ma krzeseł. Wiadomo - czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
Desperaci usiłują umościć się na starych skrzynkach po coca – coli. Jest to
szczególnie komfortowe podczas spożywania posiłku: przygotowywanego na ogół z
towarów głęboko przetworzonych, mrożonych, tych, które nie schodzą lub ich
termin przydatności właśnie mija. Pierwszego dnia cieszysz się bardzo na widok
smażonego kurczaka z frytkami, lub też makaronu z serem i jajkiem – gdy po
tygodniu okazuje się, że to stałe menu, zaczynasz kupować sobie jogurty w
pobliskiej Żabce. Po dwóch tygodniach masz zgagę od ciągłego jedzenia w stresie
i pośpiechu (a nuż mój stolik wyjdzie, a koleżanka zgarnie napiwek? A może
właśnie wszedł ktoś nowy i czeka już 5 min na kartę? Albo w popielniczce tej
miłej pary pojawiły się dwa pety, menadżerka zauważy i uzna, że nie rozumiem
mojej pracy?)
Na szczęście
masz swoich współpracowników, z którymi możesz pogadać, wyżalić się,
ponarzekać, że twoje stopy spuchły już tak, że nie mieścisz się w buty
ortopedyczne własnej babci, a panu spod czwórki podałeś zły rodzaj wina.
Pamiętaj jednak, że wszystko co powiesz, może zostać użyte przeciwko tobie: w
gastronomii nie ma przyjaciół, trwa ciągła rywalizacja. Spekulowanie, kto za
chwilę wyleci, stanowi rozrywkę zbliżoną do hazardu: są przyjmowane zakłady, są
emocje. Czy nowa, bo jest nowa, czy też ta, co pracuje już 2 lata, bo zbyt pewnie się poczuła i coś
zaczyna przebąkiwać o umowie o pracę? Kiedy zazdrosna koleżanka zobaczy, jak
kolega miło się do ciebie uśmiechnął, zacznie rozpuszczać plotki, że molestował
cię seksualnie. Kiedy starsza stażem kelnerka usłyszy, że ktoś cię pochwalił,
nie ciesz się – czeka cię parę godzin kary na zmywaku. Kiedy chciałaś być miła
i dałaś staruszce trochę mleka do kawy – czemu jej za to nie skasowałaś? Kiedy
masz do czynienia z roszczeniowym chamem, który żąda wina za darmo – leć szybko
mu przynieś, bo to stały klient!
Do pracy
motywuje Cię jednak wizja 100 – 200 zł, które dostaniesz do ręki na koniec
ciężkiego dnia pracy (stawka godzinowa + napiwki). Niestety, okazuje się, że
napiwki dzielone są między wszystkich po równo, do tego kuchnia bierze 10%,
menadżerowie tyle samo. Resztą dzielisz się z nadętą koleżanką, kolegą z
zespołem Aspergera i dziewczyną o IQ...
powiedzmy eufemistycznie, zbliżonym do Dody. Podliczasz sobie w głowie,
ile byś zarobiła, gdyby wszystkie twoje napiwki rzeczywiście przypadały tobie,
i wychodzi ci, że jakieś 2 – 3 razy więcej. Ale nie martw się, jest realna
szansa, że wkrótce ta katorga się skończy. W końcu w twojej umowie – zlecenie
jest zapis, że pracodawca może wyrzucić cię z dnia na dzień, bez okresu
wypowiedzenia. Także głowa do góry! :)
Justyna&Karolina&Daria
poniedziałek, 18 listopada 2013
UW = UŁOMNE WYKSZTAŁCENIE?
Jako że nieco dłużej byłyśmy
nieobecne, co wynikało m.in. z pisania naszych prac magisterskich, naszła nas
refleksja właśnie na temat związany z edukacją! Czas pewne rzeczy podsumować. Nie
wiadomo od czego zacząć, bo oczywiście możemy znowu powtarzać, że nie jest tak
źle, a potem spojrzeć na rankingi najlepszych uczelni, w których nasze polskie
plasują się gdzieś w czwartej setce (nieźle!) i westchnąć głęboko, licząc na
to, że kiedyś to się zmieni i znajdziemy się np. w trzeciej. Chociaż patrząc na
to, jak wygląda nauka np. na Uniwersytecie Warszawskim, oceniając podejście
wykładowców czy pracę przeuroczych i zawsze skorych do pomocy
pań z sekretariatu śmiem wątpić w jakiekolwiek zmiany na lepsze w najbliższych
kilkudziesięciu latach, chyba że te siedzące za karę w swoich dziuplach cerbery
zamienimy na roboty. Ustawi się odpowiedni program - poczucie empatii do drugiego człowieka - i skończą się kolejki pod sekretariatami! Bo
wiadomo, że jak student wchodzi i chce o coś zapytać, to przeszkadza, no bo jak
tak?! Kawka na stole, a tutaj ktoś z buciorami wchodzi i burzy
twoją harmonię... Co za chamstwo, rodzice nie wychowali, zero kultury L
Wtedy trzeba się kajać, udawać głupszego niż się jest, z sarnimi oczami
tłumaczyć i przyjmować postawę „przepraszam, że żyję”. Aż marzy się, żeby po
prostu wejść, uciszyć tego cerbera, kazać podpisać gdzie trzeba i wyjść, ale
polscy studenci się boją. Ile razy zdarzyło mi się słyszeć wołania (prawie
przez łzy), „ale jak wejdziesz przede mną to mnie nie wpuści!” albo „jest
lista”, bo wiadomo, że jak nie jesteś na liście to cię nie ma, nie istniejesz i nikt się nie będzie z tobą
liczyć. Smutne to... Ale sami studenci gotują sobie taki los, wzajemnie utrudniając
sobie życie. Jak teraz ktoś boi się pani z sekretariatu, co będzie później? Koniec
- uniwersytet dokonał aborcji tych młodych umysłów.. Masz przyjść na studia i wykonywać polecenia!
I tyle. I to my pouczamy niektóre kraje za niedostatecznie rozwiniętą
demokrację lub jej brak. Czas uderzyć się w pierś ;) Ale dlaczego tak jest? A dlatego, że sami
wykładowcy nie uczą nas pewności siebie, tylko wiecznego strachu i składania pokłonów
Panu i Władcy. Nie powinniśmy ich składać, jeśli odpowiadamy na pytanie, a w
odpowiedzi słyszymy, że ktoś nie rozumie co się do niego powiedziało. Czy to zachęca kogokolwiek do aktywności? Pytanie retoryczne. Wiadomym
jest, że nie napiszemy podania, bo się na nas uweźmie, nieważne że ktoś nas
obraża, a co tam, damy radę (w takich sytuacjach obcy Polakom optymizm nagle
zaczyna kiełkować!). Ostatnio można było obejrzeć reportaż mówiący o tym, że
studenci zachowują się na uczelniach coraz gorzej, jedzą, piją, pyskują na
zajęciach. No tak, jak jeden taki się zdarzy to szok, biały kruk, student,
który mówi! Oczywiście, są tacy, którzy nie znają umiaru bądź rzeczywiście są
opryskliwi, bo nie mogą opanować swojego ego. Ale po drugiej stronie ego
niektórych wykładowców zdobyło już Koronę Ziemi jak Wojciechowska, a teraz
zmierza na Księżyc. Ale im wolno, studenci nic nie mogą i może nie chcą,
wiecznie się wszystkiego obawiając, a kiedyś trzeba położyć kres
takiej bezkarności. Kierownicy studiów nic nie wiedzą, podania rozpatrują
miesiącami, dają zgodę, później ją skreślają - może warto się podszkolić w
jakimś zakresie, np. regulaminu studiów szanowne panie doktor? ;)
Druga kwestia – kontakt z
kolegami z roku. Czy my właściwie wiemy, co znaczy współpraca w grupie?
Przyznajmy to szczerze – nie. Dlatego zacznijmy od pytania (które zawsze w najtrudniejszych
sytuacjach zadaje moja koleżanka): czyja
to jest wina? Może warto byłoby w tym przypadku spojrzeć krytycznie na nasz
system edukacji? W liceach, gimnazjach, a już szczególnie na studiach
współpraca powinna być jednym z najważniejszych założeń kształcenia. Dlaczego?
Dlatego, że rzeczywistość i tak to potem zweryfikuje, czy tego chcemy czy nie
;] Nikt nie lubi krytyki: nawet jeżeli mówi, że jest inaczej (w przypadku
trudniejszych osobników, którzy się do tego nie przyznają, JEST DWA RAZY
GORZEJ;]) Praca w grupie pomaga dostrzec nasze gorsze/lepsze strony, uczy
nas wysłuchiwania opinii innych (co w dzisiejszych czasach zanika, bo większość
lubi mówić i słuchać jedynie siebie – jak wiadomo wszechwiedzących są w Polsce
całe miliony). Studia powinny nas uczyć umiejętności współpracy. W Polsce praca
w grupie to przeważnie kontakt w 4 oczy (przy czym przeważnie jedna osoba
pracuje, druga się leni, ale w końcu i tak wszystko robi się na ostatnią chwilęJ
).
Skąd właściwie ten strach przed
współpracą? Współdziałaniem? Czy
naprawdę potrafimy się już tylko dzielić? Przekrzykiwać, kto ma rację, a
kto jej nie ma? Większość ludzi w Polsce, nawet jeżeli coś im nie odpowiada,
woli milczeć. Wykładowca zadaje pytanie, nikt nie zna odpowiedzi. Ale gdy pyta,
czy wszyscy rozumieją, kiwanie głową widać w każdej ławce. Gorzej gdy z ćwiczeń
rozgrzewających kark przechodzi się na umiejętność mowy – tak naprawdę nikt nie
wie o co chodzi, ale boi się do tego przyznać. Czemu boimy się mówić głośno o
tym co nas boli, co nam się nie podoba?
System edukacji w Polsce zabija
kreatywność, pewność siebie i kształci coraz częściej klasę średniaków, którzy
nie są ani wybitni, ani szczególnie słabi. Po prostu – nie mają na siebie
żadnego pomysłu, przez okres studiów przeszli niezauważenie, bo w sumie po co
się męczyć? Wiadomo: uczymy się dla rodziców, nie dla siebie. Kreatywność wśród
studentów wymiera. Oczywiście nie można generalizować, ale jak stwierdził
kiedyś jeden z moich wykładowców: „Idioci… co roku coraz więcej idiotów”. Ale ci
idioci skądś się musieli wziąć. Szkoły nie zachęcają nas do zajęć
pozalekcyjnych, rozwoju naszych umiejętności. Wiadomo – wymaga to więcej pracy
i o wieeeele więcej czasu. Tylko ….komu się chce?
Zastanówmy się więc, jaki po
5/3/2 latach (uroki systemu bolońskiego) studiowania jest absolwent, dumny
posiadacz dyplomu. Jakie umiejętności zdobył w tym czasie? Wyszukiwania
informacji w Internecie nie nauczyły go studia, ale życie ( i tak „nauka”
stanowi 1% spośród jego aktywności online). Najbardziej zaawansowany program
komputerowy, jaki umie obsłużyć, to Excel (jeśli skończył mat – fiz., bo
humaniści i tak nigdy tego nie ogarną). Jak słyszy „praca w grupie”, do dziś
mechanicznie się poci, choć równie mechanicznie wpisuje to w CV, bo wiadomo, że
żaden durny pracodawca tego nie sprawdzi (chyba, że zaczną robić grupowe
rozmowy kwalifikacyjne :) Znajomość języków? Na państwowych studiach
przygotowujących do pracy w międzynarodowym środowisku nie uczą ani jednego
języka obcego (!), więc albo zainwestowałeś w kurs SITA, albo w szkołę
językową, albo wpisujesz z rozmachu ten angielski średniozaawansowany, bo wstyd
się przyznać, że po 10 latach nauki w podstawówce, gimnazjum i liceum nie jest
lepiej. Jak z
Twoją energią i chęcią podbijania świata? No cóż, jeśli wykładowca z tytułem
profesora powtarzał ci na każdych zajęciach, że bliżej Ci do jego porażki dydaktycznej niż do doskonałości, ciężko czuć się królem świata. Ryba psuje się od
głowy, a obniżanie poziomu szkół wyższych zaczyna się od obniżania poziomu
wykładowców. A ci pojmują swoją „misję” w dwojaki sposób: albo studenci nic ich
nie obchodzą, gdyż dbają tylko o rozwój własnej kariery naukowej i stają się
częścią wydziałowego establishmentu, albo studenci obchodzą ich bardzo, ale
jako żywe i gadające worki bokserskie, na których można się wyładować.
Kim więc może być student albo
olewany, albo upokarzany? Czy ma szansę zostać kolejnym Stevem Jobsem lub
Markiem Zuckerbergiem? Chyba tylko we śnie po kolejnym wieczorze spędzonym na
jedynej studenckiej rozrywce: libacjach.
Wreszcie nadchodzi upragniony
dzień: obrona pracy magisterskiej. Cała rodzina dumna, dzwonią, dopytują,
gratulują, tylko Ty masz takie niejasne, gryzące poczucie, że wiesz coś, czego
oni nawet się nie domyślają, a Ty nigdy im tego nie powiesz: że to nic nie
znaczy. Że obrona to fikcja. Albo zadają ci pytania, które dostałeś mailem
poprzedniego wieczoru, albo opowiesz swoją pracę innymi słowami, albo komisja
chwilę się tobą pobawi, delektując się ostatnim momentem, kiedy mają nad Tobą
władzę, żeby i tak puścić cię z tą piątką.
Wchodzisz więc, absolwencie, ze swoim pachnącym farbą
drukarską dyplomem na rynek pracy, i .... ale o tym już w następnym artykule :)
Justyna&Karolina&Daria
Justyna&Karolina&Daria
poniedziałek, 13 maja 2013
I TY MOŻESZ ZOSTAĆ TOP MODEL ....
… Jeżeli jesteś
wystarczająco dobra (płaczliwa, kłótliwa, złośliwa), aby się w tym programie
utrzymać.
Zaraz po
Dżoannie pojawili się kolejni reprezentanci tego gatunku – z Michelem Moranem i
Czesławem Mozilem na czele. Nie sądzę,
żeby ktoś z nich szybko „oddał fartucha”. Takich ludzi się lubi, nie są
idealni. Jak świat długi i szeroki tak samo w Internecie mamy zatrzęsienie
prawdziwych ekspertów zwanych hejterami (szczególnie warto w tym momencie
pozdrowić anonimowych gości na forach internetowych). Ale czy właśnie telewizji
nie o to chodzi? Ma się dziać! Dziewczyny muszą ze sobą walczyć – na pięści?
Proszę bardzo! Jurorzy i tak pokażą im gdzie jest ich miejsce. W niektórych
przypadkach może to i dobrze, że „dżuri” z Dżoanną Krupą na czele stara się
zapanować nad pewnością siebie kandydatek. Polscy widzowie coraz rzadziej mogą
liczyć na wystraszone i ciche dziewczyny (chociaż dla równowagi i takie się
zdarzają). Teraz każda z kandydatek chce być next top model i przyszła tu po
to, „żeby wygrać program, a nie szukać
tu przyjaciół”. Bolesne zderzenie z rzeczywistością? Na pewno, choć tak
naprawdę zaboli dopiero po programie. Wtedy okazuje się, że samym morzem łez do
tego dworku raczej się nie wjedzie.
Klasyk. Podobnie jak z maturzystami. Kiedy pierwszy rok okazuje się dla niektórych totalnym zaskoczeniem i rozczarowaniem. Bo jak to? Filozofia? I tak nudno? Takie przedmioty. Też się dziwię. Filozofów w Polsce akurat nie brakuje.
Myślicie, że producenci You Can Dance wyczerpali już wszystkie pomysły dotyczące ckliwych historii? W
takim razie nie wiecie nawet co tracicie nie śledząc regularnie Top Model
edycji polskiej! Bieda, nadwaga, dziadek, babcia to nic. W tej edycji mamy
dziewczynę z blizną. Brzmi strasznie?
Nieszczególnie. Przynajmniej się wyróżnia. A dzięki udziałowi w programie znaleźli się sponsorzy, którzy zdecydowali się zoperować dziewczynę (o czym ze łzami w oczach poinformowała uczestniczkę Dżoana Krupa). Kiedy program startował z pierwszą edycją wszyscy „prawdziwi Polacy” nie mogli się nadziwić jak osoba, która nie mówi po polsku może prowadzić taki program! To oburzające! Ta kobieta kaleczy język polski! Z czasem okazało się jednak, że wcale nie był to taki zły pomysł.
Zaraz po
Dżoannie pojawili się kolejni reprezentanci tego gatunku – z Michelem Moranem i
Czesławem Mozilem na czele. Nie sądzę,
żeby ktoś z nich szybko „oddał fartucha”. Takich ludzi się lubi, nie są
idealni. Jak świat długi i szeroki tak samo w Internecie mamy zatrzęsienie
prawdziwych ekspertów zwanych hejterami (szczególnie warto w tym momencie
pozdrowić anonimowych gości na forach internetowych). Ale czy właśnie telewizji
nie o to chodzi? Ma się dziać! Dziewczyny muszą ze sobą walczyć – na pięści?
Proszę bardzo! Jurorzy i tak pokażą im gdzie jest ich miejsce. W niektórych
przypadkach może to i dobrze, że „dżuri” z Dżoanną Krupą na czele stara się
zapanować nad pewnością siebie kandydatek. Polscy widzowie coraz rzadziej mogą
liczyć na wystraszone i ciche dziewczyny (chociaż dla równowagi i takie się
zdarzają). Teraz każda z kandydatek chce być next top model i przyszła tu po
to, „żeby wygrać program, a nie szukać
tu przyjaciół”. Bolesne zderzenie z rzeczywistością? Na pewno, choć tak
naprawdę zaboli dopiero po programie. Wtedy okazuje się, że samym morzem łez do
tego dworku raczej się nie wjedzie.
-„Nie wiem”
Klasyk. Podobnie jak z maturzystami. Kiedy pierwszy rok okazuje się dla niektórych totalnym zaskoczeniem i rozczarowaniem. Bo jak to? Filozofia? I tak nudno? Takie przedmioty. Też się dziwię. Filozofów w Polsce akurat nie brakuje.
Nie ma to jak
determinacja i pasja. O taaaaaaaaak.. Pasji do pokazywania się na bankietach na
pewno im potem nie brakuje.
W polskiej edycji jest
trochę dużo jadu, a za mało śmiechu. Dziewczyny pozują z mięsem, pająkami i
wampirami – brzmi jak kadr z filmu? Spokojnie, to nie Twilight. Uczestniczki
muszą być w programie gotowe na każdą ewentualność. Bieganie w bikini na plaży
przy 5 stopniach? High five – przynajmniej nie ma minusowej
temperatury!! Jak same mówią: „nie przyszłam tutaj, żeby było mi ciepło, tylko
żeby wygrać ten program”.
Ciekawy news z
ostatnich tygodni. Jedna z top model schudla do programu prawie 30 kg! Potem
przytyła. Teraz chce się znowu odchudzać… ale już na oczach telewidzów.
I jak tu nie kochać Top
Model? ;)
Justyna
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
3 sposoby na majówkę
![]() |
| Źródło: www.mierzyn24.pl |
W tym roku naprawdę można poszaleć – jak ktoś dobrze
zakombinuje albo właściwie ustawi sobie priorytety, to z weekendu majowego
wyciśnie 9 wolnych dni. Właściwie sformułowanie „weekend majowy” już od ładnych
paru lat stało się tylko łagodnym eufemizmem, gdyż zmęczeni trwającą 6 miesięcy
zimą rodacy wykorzystują rocznicę uchwalenia pierwszej konstytucji jako
pretekst do pierwszych wakacji. I cóż w tym złego? Polakom generalnie brakuje
radości życia, więc może jak sobie trochę wypoczną, to wrócą do pracy z chęcią
i zapałem, by dawać z siebie wszystko przez najbliższe 2 – 3 miesiące, aż do
wakacji właściwych. Opaleni pierwszymi promieniami słońca, bogatsi w białko
zwierzęce z wszelakich mięs grillowanych, będą uśmiechać się do nieznajomych na
ulicy, pomyślą 2 razy, zanim założą skarpety do sandałów, zaczną czytać tą
jedną książkę, którą według badań pochłaniają w ciągu roku, a wieczorem zamiast
oglądach Eurosport pójdą uprawiać sport (lub ogródek lub jeszcze coś innego ;)
Tak więc – same korzyści. Jednak aby nabrać aż takiego
wigoru, trzeba dobrze wybrać odpowiednią formę wypoczynku. Żebyście nie czuli
się zdezorientowani, oto zestawienie plusów i minusów różnych opcji spędzania
nadchodzących dni:
1) grill z rodziną / przyjaciółmi – grill
pierwszomajowy wszedł w naszą kulturę i świadomość tak płynnie i niezauważalnie
jak nóż w masło, i utkwił w niej na dobre niczym rdza w piekarniku. Konsumpcja
pierwszej wiosennej wieprzowiny (forma dowolna: kiełbaska, karkóweczka,
szaszłyczek) opiekanej na świeżym powietrzu przez domorosłych speców od
krzesania ognia, stała się kulinarną tradycją na miarę wigilijnego karpia,
wielkanocnej babki czy piwa co weekend:
![]() |
| Źródło: bibson.pl |
- nie będziemy odczuwać łaknienia przez najbliższy miesiąc, dzięki czemu łatwo i bez wysiłku schudniemy do wakacji
- integracja z rodziną /znajomymi – grill łączy
ludzi: jeden podpala, drugi przyprawia mięso, trzeci robi sałatkę, czwarty gasi
pożar – uczymy się pracy zespołowej, coś wspólnie tworzymy, jesteśmy aktywni. A
ile śmiechu będzie potem przy opowieściach, jak to Wojtek pomylił wódkę z
podpałką w płynie, nasza ciocia postanowiła wykonać solo „Ona tańczy dla mnie”,
a kuzyn dla żartu wrzucił to na youtube, a koledzy urządzili konkurs skakania
przez kozła, twórczo obsadzając w tej roli pałający żywym ogniem grill
MINUSY (-)
- może się okazać, że Polska nie jest wcale krajem wolności i tolerancji, jak do tej pory sądziliśmy, i impreza z hitami zespołu Weekend lub recital polskiej piosenki biesiadnej wykonywany przez wuja Wacka na gitarze zostaną przez naszych sąsiadów zaklasyfikowane jako zakłócanie ciszy nocnej – a nie daj Boże policja przyzna im rację…
- może się okazać, że Polska nie jest wcale krajem wolności i tolerancji, jak do tej pory sądziliśmy, i impreza z hitami zespołu Weekend lub recital polskiej piosenki biesiadnej wykonywany przez wuja Wacka na gitarze zostaną przez naszych sąsiadów zaklasyfikowane jako zakłócanie ciszy nocnej – a nie daj Boże policja przyzna im rację…
- około 30 kwietnia wszystkie okoliczne sklepy
mięsne świecą pustkami jak za PRLu, a w markecie strach mięso kupować, bo a nuż
trafimy na tą partię, którą myją od stycznia płynem do naczyń, żeby się
świeciła na różowo. Dlatego zapobiegliwy Polak o zaopatrzeniu na majowego
grilla zaczyna myśleć zaraz po Wielkanocy
- kwestia rozdziału zadań – nie zgrywajmy Zosi –
Samosi i nie mówmy znajomym „co ty, nie musisz nic szykować, najwyżej kupcie
jakieś wino po drodze” – nie to miejsce, nie ten czas. Grill ma socjalizować,
też w kwestii podziału obowiązków. I rozdzielmy je konkretnie, żebyśmy nie
skończyli z 5 sałatkami ziemniaczanymi, colą i brykietem węglowym na działce
oddalonej o 50 km od cywilizacji
2) jedziemy w Polskę – w poszukiwaniu
kontaktu z naturą, samym sobą, dziedzictwem narodowym, prawdą, no i też
dlatego, że nie mamy za dużo kasy:
![]() |
| Źródło: www.sfora.pl |
- jeżeli jesteś hardcorem,
nie musisz
wydawać kasy prawie
w ogóle - bierzesz rower, namiot, wędkę,
toi-toi, paprykarz szczeciński, testament, gitarę
i książkę „Gringo wśród dzikich plemion” Wojciecha Cejrowskiego i jedziesz oglądać bociany nad Biebrzę lub łapać kleszcze na Podlasiu
- jeżeli nawykłeś do luksusu, kupujesz promocyjny
weekendowy bilet PKP i
objeżdżasz Polskę dookoła w 9 dni – kontakt z naturą (ach, te niczym nieposkromione zapachy!) też gwarantowany, będzie pewnie jeszcze dziwniej i weselej niż w kolei transsyberyjskiej (zwłaszcza kiedy okaże się, że niestety 9 dni to za mało, bo z Krakowa do Poznania jedzie się przez Białystok i Rzeszów, co nieco wydłuża podróż), a wrażenia z wyprawy zawsze możesz opisać i liczyć, że przebijesz „W 80 dni dookoła świata” J. Verne’a, dzięki czemu zarobisz kupę kasy i nie będziesz już musiał wypoczywać w Polsce
objeżdżasz Polskę dookoła w 9 dni – kontakt z naturą (ach, te niczym nieposkromione zapachy!) też gwarantowany, będzie pewnie jeszcze dziwniej i weselej niż w kolei transsyberyjskiej (zwłaszcza kiedy okaże się, że niestety 9 dni to za mało, bo z Krakowa do Poznania jedzie się przez Białystok i Rzeszów, co nieco wydłuża podróż), a wrażenia z wyprawy zawsze możesz opisać i liczyć, że przebijesz „W 80 dni dookoła świata” J. Verne’a, dzięki czemu zarobisz kupę kasy i nie będziesz już musiał wypoczywać w Polsce
MINUSY (-)
- będziesz musiał obcować ze specyficznymi typami Polaków: paniami w kasach na PKP/PKS, recepcjonistkami, kelnerami w przydrożnych barach, przewodnikami po różnych zabytkach, a jak ci się poszczęści, to i z policjantami, GOPRem, serwisantami pojazdów, pielęgniarkami z OIOMu/SORu oraz świeżo przebudzonymi tatrzańskimi niedźwiedziami. Kontakt z tymi ostatnimi będzie zdecydowanie najprzyjemniejszy
- będziesz musiał obcować ze specyficznymi typami Polaków: paniami w kasach na PKP/PKS, recepcjonistkami, kelnerami w przydrożnych barach, przewodnikami po różnych zabytkach, a jak ci się poszczęści, to i z policjantami, GOPRem, serwisantami pojazdów, pielęgniarkami z OIOMu/SORu oraz świeżo przebudzonymi tatrzańskimi niedźwiedziami. Kontakt z tymi ostatnimi będzie zdecydowanie najprzyjemniejszy
- a nuż świeże powietrze uderzy ci do głowy i tak
ci się spodoba, że nie będziesz chciał wrócić do miasta, uznasz swoją firmę za
krwiożerczą korporację, która stłamsiła twoją naturalną potrzebę lepienia
garnków z gliny i hodowania kóz na Mazurach, w związku z czym postanowisz się
tam osiedlić, niczym bohaterki popularnych powieści dla kobiet. Uważaj – kiedy zapragniesz
wznieść na podwórku posąg Światowida to znak, że czas zacząć się o siebie
martwić.
3) witaj, ZAGRANICO! – jeżeli masz za dużo
pieniędzy i nie wiesz już, co z nimi robić, a tak się składa, że w dzieciństwie
co roku jeździłeś z rodzicami do Sarbinowa i na morze nie możesz już patrzeć, a
potem na szkolnych wycieczkach w góry zawsze wlokłeś się w ogonie i teraz masz
traumę – postanawiasz wyruszyć za granicę:
PLUSY (+)
- poznasz trochę świata i być może okaże się, że w Grecji nigdy nie słyszeli o rybie po grecku a do „sałatki greckiej” w ogóle nie dodają sałaty, a jak spróbujesz zamówić we Włoszech swoją ulubiona pizzę z kebabem i ogórkiem konserwowym, wyproszą cię z restauracji. Pamiętaj – każde doświadczenie kształci.
- poznasz trochę świata i być może okaże się, że w Grecji nigdy nie słyszeli o rybie po grecku a do „sałatki greckiej” w ogóle nie dodają sałaty, a jak spróbujesz zamówić we Włoszech swoją ulubiona pizzę z kebabem i ogórkiem konserwowym, wyproszą cię z restauracji. Pamiętaj – każde doświadczenie kształci.
![]() |
| Źródło:aleshit.pl |
- przekonasz się, że ludzie mogą być mili, sympatyczni,
pomocni, bezinteresowni i uśmiechnięci, a jak skorzystasz z couchsurfingu to i przenocują
cię za darmo, dadzą klucz do mieszkania, a za swój obowiązek przez najbliższe
parę dni uznają sprawianie ci przyjemności. Uważaj
powrót do kraju może być bardzo bolesny.
powrót do kraju może być bardzo bolesny.
MINUSY (-)
- przez tydzień wydasz minimum 1000 zł – zakupy w strefie bezcłowej, codziennie obiad i kolacja na mieście, kubek w kształcie wieży Eiffla, tarcza do gry w rzutki z podobizną M. Thatcher, kalendarze, długopisy, magnesy na lodówkę i wysłanie pocztówki do babci pochłonęły twoją miesięczną pensję
- nie będzie majówkowego grilla!!!
Tak więc przemyśl jeszcze raz wszystkie za i przeciw. A przecież tak w ogóle to w pogodzie mówili, że cały weekend będzie lało, więc może najlepiej zostań w domu i obejrzyj na raz wszystkie odcinki „Gry o tron”, albo zabierz się wreszcie za pisanie pracy magisterskiej/licencjatu/naukę do matury, co?! ;) Udanej majówki!
Tak więc przemyśl jeszcze raz wszystkie za i przeciw. A przecież tak w ogóle to w pogodzie mówili, że cały weekend będzie lało, więc może najlepiej zostań w domu i obejrzyj na raz wszystkie odcinki „Gry o tron”, albo zabierz się wreszcie za pisanie pracy magisterskiej/licencjatu/naukę do matury, co?! ;) Udanej majówki!
Daria
piątek, 5 kwietnia 2013
(Anty) promocja, czyli jak promować, żeby nie wypromować
![]() |
| http://pl.depositphotos.com/ |
![]() |
| http://www.demotywatory.pl/ |
Patrząc przez okno bardziej
myślimy o nadchodzącej epoce lodowcowej niż o wiośnie, nie mówiąc już o lecie.
Niby klimat się OCIEPLA, a u nas niedługo będziemy jeździć na nartach przez
cały rok, zmieniając jedynie gogle na okulary przeciwsłoneczne, kiedy po
śnieżycach nadejdą ZIMNE , ale słoneczne dni..
I tak, zostawiając daleko za sobą
temat niezwykle kontrowersyjnej pięknej polskiej pogody, a jednak cały czas
trzymając się rodzimych klimatów nie tylko związanych z zimową aurą, proponuję
coś bardziej relaksującego, czyli kilka słów o promocji Polski poza
granicami w wykonaniu naszych obywateli
i nie tylko ;)
![]() |
| http://www.demotywatory.pl/ |
I tak:
![]() |
| http://www.kwejk.pl/ |
Tutaj mamy do czynienia z
połączeniem promocji z anty-promocją jednocześnie, bo o ile Polska została
wypromowana i to zdecydowanie pozytywnie, to jeśli mamy promować Polskę również
przez polski sport w wykonaniu naszych masterów piłki nożnej, to daleko na tym
wózku nie zajedziemy..
2) Mamy jeszcze w zanadrzu tak
zwane LOGO (w liczbie mnogiej bodajże loga), które na wszelki wypadek zamieszczam,
bo z przeprowadzonych badań wynikało, że 90% Polaków w ogóle nie ma pojęcia, że
takie coś istnieje. No tak, ale ZA GRANICĄ na pewno wszyscy będą dobrze
poinformowani! Jeśli tak jak Polacy, to w sumie nie dziwię się, że część
obcokrajowców umiejscawia Polskę gdzieś w rogu Afryki..
![]() |
| http://www.blog.mediafun.pl/ |
3) iii właśnie, właśnie REKLAMY,
czyli coś co lubię najbardziej od momentu obejrzenia:
a) spotu promującego Warszawę na
EURO, kiedy to niczego niespodziewająca się dziewczyna spotyka na swojej drodze
STALKERA, który goni ją przez całe miasto, niby w między czasie pokazując
piękno naszej stolicy.. hmm, no nie wiem, ja bym się bała, że jak przyjadę to spotka
mnie to samo, a więc jakie rozwiązanie podsuwa mi podświadomość? Zakup GAZU
PIEPRZOWEGO zamiast pamiątkowej syrenki :] ale na szczęście, KIBICE przyjechali!
b) innego jakże poruszającego
filmiku, który pokazuje to co jest w Polsce najważniejsze , czyli oczywiście…
TANIEC!!! Tańczą i gwiazdy, i na lodzie, wijąc się w rytm znanych przebojów.
Oczywiście rozumiem, że musimy pokazać Polskę przez pryzmat tego, w czym
jesteśmy naprawdę dobrzy, ( a z tego wynika że w tańcu)! Ale jako, że był to
spot reklamujący Polskę i Polską Prezydencję w Radzie Unii Europejskiej to
zaczynam się zastanawiać gdzie narodziła się ta jakże fascynująca idea? No
dobrze, wiadomo.. niezapomniany „Taniec z gwiazdami”, ale żeby od razu tworzyć
jakieś animowane laleczki, które zbliżają się do siebie niczym główni
bohaterowie niezapomnianego „Dirty Dancing” w ostatnich scenach? Jakieś cegły latają nad głowami, a oni co? A
ONI TAŃCZĄ!
Promocja
czy antypromocja, niech każdy lepiej sam zastanowi się nad tym jak można
popracować nad wizerunkiem Polski czy samych Polaków, bo znane są nam
stereotypy, których raczej nikt nie chce powielać, chociaż pewnie i takich by
nie brakowało.
Promować próbują profesjonaliści,
jak wiemy, z różnym skutkiem, dlatego promujmy tak, żeby było i widać i
słychać, ale Z KLASĄ!
Karolina
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















