poniedziałek, 18 lutego 2013

O przesądach słów kilka


www.demotywatory.p
Papież abdykował – „jak nic, jeszcze tylko wybiorą ciemnoskórego na jego miejsce i będzie koniec świata” – tak myśli co trzeci Polak. Ale był jeden, który wymyślił to jako pierwszy, nie był Polakiem i nazywał się Malachiasz. Powoływał się na „chwałę oliwce” – sprytni badacze dopatrzyli się w tym synonimu koloru skóry przedostatniego papieża. Ciemna oliwka – i wszystko potoczy się gładko w kierunku ostatecznej zagłady. Ale spróbujmy wejść głębiej w ten problem. Piorun uderza w Bazylikę św. Piotra, a biały gołąb wypuszczony przez papieża zostaje zaatakowany przez mewę – czy to przypadek czy może jakiś znak? Nie oszukujmy się – my Polacy wierzymy w przesądy, problem jest jedynie taki, że połowa ludzi się do tego nie przyznaje. Przypomnij sobie ile razy okrążałeś drogę tylko dlatego, że uroczy czarny kotek przebiegł Ci drogę? Ja z własnego doświadczenia wiem, że tak jest. Pamiętam sytuację kiedy czarny dachowiec niemal ścigał się z moim samochodem (wiem, że to niemożliwe, ale tak było!).
www.noto.lu

21 grudnia 2012 – mówi Wam coś ta data? Czy przypadkiem wtedy nie miało być końca świata? Majowie pewnie źle wyliczyli albo nie mieli już na czym zapisać kolejnych stuleci. Dla nas lepiej, bo życie toczy się dalej, meteoryty nie spadają, a piekło nas nie pochłonęło. Ale, ale… Spadające meteoryty? Świetlista łuna na niebie? Czy to wszystko przypadkiem nie działo się ostatnio w Rosji? Widać nawet na Putina znalazł się mocny.  Władimir wprawdzie wyławiał amfory z IV w p.n.e., walczył z niedźwiedziami, ale meteorytu już nie potrafił zatrzymać. Wróćmy jednak z raju herosów – czy to nie kolejny znak, że zbliża się koniec świata? Można by opowiadać bez końca o tym jak wulkany wybuchają, samoloty spadają, huragany niszczą wszystko, a fale tsunami zalewają lądy. Czy naprawdę jednak możemy mówić o końcu świata?? Niedługo jak tak dalej pójdzie, to będę bała się wyjść z domu w obawie przed zobaczeniem kolejnych znaków.

Drabiny, rozlane mleko, stłuczone lustra, piątek trzynastego, wstawanie lewą nogą z rana, nie ścinanie włosów przed egzaminem – wymieniać jeszcze? Bo naprawdę mogłabym tak długo. Stłuczone lustro7 lat nieszczęścia. Czy Wy też obchodzicie się z nim jak z jajkiem? Ale jak na złość - to o co najbardziej dbamy, przeważnie ma krótki okres ważności… Właściwie czemu 7 lat? A nie 10? Albo 3? Albo 4? Kto to właściwie ustalał? W żadnym dokumencie prawnym nie ma słowa o tym, żeby za zbicie lustra dawano 7 lat!!
www.demotywatory.pl

I te nieszczęsne czarne koty.. Jak to jest, że posiadacze czarnych kotów w mieszkaniach, domach nie boją się trzymać tam tych omenów zła?          
Przecież przechodzą im one drogę swoimi czarnymi łapami 50 razy dziennie –   i co? „Taki kot nie jest pechowy, bo jest mój”              – taaa… na pewno.           
Czemu właściwie czarny a nie szary, bury albo biały? 
Poza tym jak jadę wieczorem samochodem każdy kot wygląda jak czarny. Nie raz kłóciłam się z siostrą o to czy miał biały krawacik czy nie. A może plamki jasne na łapach? Paranoja… Koniec końców kończyło się to przedłużeniem planowanej trasy.

Zapomniałabym o najlepszym!!! Szczęście podobno przynosi klepanie garbatego. Tylko pojawia się problem jak go klepnąć żeby nie poczuł? Podejść od tyłu czy bez zbędnych ceregieli prosto z mostu odwinąć się i raz! Tylko tak porządnie, żeby szczęście było duże i miało kilka zer albo przynajmniej długie nogi.

Skąd właściwie się to wszystko wzięło?? Mówiąc szczerze – nie wiem, ale wiem jedno: „lepiej dmuchać na zimne”.

Justyna

www.demotywatory.pl

www.demotywatory.pl

czwartek, 14 lutego 2013

Excelsior, czyli coraz wyżej!



http://www.filmus.pl/
Takie hasło przyświeca najnowszemu filmowi Davida O. Russella „Poradnik pozytywnego myślenia”
Film zbiera świetne recenzje, ale po obejrzeniu trudno się temu dziwić. Pomimo faktu, że jest to jednak komediodramat, gdzie ludzkie problemy oraz mniejsze bądź większe tragedie przeplatają się z zabawnymi sytuacjami życia codziennego, film nie traci na swojej wartości. Często cokolwiek co związane z komedią kojarzy nam się jedynie z często kretyńskimi  żartami i totalni ogłupiającą fabułą (tj. większość obecnych polskich komedii, których poziom już dawno sięgnął dna, teraz pozostaje mu  już tylko pukać od spodu). Reżyser, a zarazem autor scenariusza, na podstawie książki Matthew Quicka, wydobył to, co najważniejsze, a dialogi, mimo że niezbyt skomplikowane, nie przytłaczają tego, co najważniejsze, czyli ogólnego przesłania – think positive! Bo pamiętajmy, że optymiści nie lubią komplikować sobie życia ;)

Główny bohater – Pat (Bradley Cooper, szerzej znany z roli z niezapomnianego „Kac Vegas”),  który po dosyć ciężkich przeżyciach, kiedy to wraca do domu i zastaje swoją żonę  pod prysznicem w dość niedwuznacznej sytuacji z nauczycielem historii, musi udać się na terapię do zakładu zamkniętego. Czemu? Dotkliwie pobił kochanka żony i został u niego stwierdzony brak umiejętności panowania nad agresją. (akurat w tej jednej konkretnej sytuacji ciężko nie dać upustu swoim emocjom...).

http://www.plejada.pl/

Udaje mu się jednak wyjść z zakładu przed terminem orzeczonym w wyroku dzięki matce, która wyraziła zgodę na jego wcześniejsze zwolnienie.  Pat próbuje całkowicie zmienić swoje życie i przede wszystkim zrobić wszystko, aby wrócić do żony (no cóż, miłość jest ślepa, na szczęście w końcu ‘trzeźwieje’). Pomaga mu w tym Tiffany (Jennifer Lawrence),sąsiadka i siostra żony przyjaciela, która z kolei przechodzi przez traumę po śmierci męża i staje się nimfomanką. 


http://www.stopklatka.pl

Początkowo (mimo pewnych różnic charakterów) ciężko im znaleźć wspólny język, jednak po kilku sytuacjach, w których każde z nich poznaje słabości drugiej osoby udaje im się zaprzyjaźnić i razem próbują odnaleźć światełko w  tunelu, czyli zwyczajne wyjście na tzw. ‘prostą’. Tiffany namawia Pata by razem z nią wziął udział w konkursie tanecznym. Ten mimo początkowych obaw (nie dziwne, ciężko z walk na pięści na meczu przerzucić się na subtelne ruchy) postanawia (oczywiście też dla udowodnienia czegoś swojej żonie) jej pomóc. Tu nie chodzi o zwycięstwo w konkursie, bo oboje zdają sobie sprawę z tego, że  z zawodowcami mają raczej marne szanse, ale o zwycięstwo w zakładzie ojca (świetny Robert de Niro!), który (jako zapalony fan zakładów bukmacherskich i jednej z drużyn futbolowych) postanowił postawić wszystkie pieniądze (przeznaczone na rozkręcenie restauracji) właśnie na wygraną Philadelphia Eagles i na zdobycie przez Pata i Tiffany punktacji w konkursie wynoszącej co najmniej średnią 5.0.


I co? Rzutem na taśmę udaje im się to zrobić!  Ta scena najlepiej ukazuje niesamowicie pozytywne przesłanie i czasami taką naiwną wiarę w to, że jeśli się chce to można ;) (a szkoda, że u nas w Polsce rzadko w taki sposób się myśli..). 

   
http://www.wyborcza.pl/


Takich filmów niestety u nas brakuje.. Właśnie takich, które pokazywałyby coś więcej niż szerzący się w większości obraz zaawansowanej patologii i zacofania. Ja rozumiem, że kino ‘ambitne’ dla niektórych oznacza przemoc, gwałty, śmierć, wszechogarniającą biedę i wieczne problemy, które się tylko nawarstwiają, ale czasami warto próbować skupić się właśnie na tym ‘światełku w tunelu’. Filmy powinny dawać pozytywnego ‘kopa’ a nie wzbudzać w nas chęć zupełnego dobicia i powieszenia się na własnym prysznicu, przynajmniej ja z takiego założenia wychodzę. Excelsior!

Karolina


Kilka rad na koniec:



http://www.hcvtoniewyrok.com/



http://www.xl-pozytywnie.pl/




http://www.123rf.com/

poniedziałek, 11 lutego 2013

Jak dobrze być Polakiem?



Źródło: www.demoty.pl



Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma – któż nie słyszał tej mądrości ludowej? Jednak chyba ostatnio nieco zbyt mocno utkwiła nam w głowach. Jak wynika z raportu pt. „The Next Normal”, badającego aspiracje i wartości osób w wieku 9 – 30 lat na całym świecie (wszystkich urodzonych między 1982 – 2003 rokiem wrzucono do jednego worka z napisem „millenials”), 64% Polaków uważa, że za granicą żyłoby im się lepiej. Dla porównania, gorsi od nas są tylko Włosi – tam 68% młodych ludzi marzy o wyjeździe (ale im się akurat nie dziwię, skoro realny staje się powrót Berlusconiego do władzy). Średnia światowa to 40%, najlepsze wyniki mają Kanada (21%) i Japonia (23%). Jako że autorzy raportu (GFK i IPSOS) przyłożyli się do swego zadania solidnie i przebadali ponad 15 000 osób z 24 krajów położonych na wszystkich kontynentach, można przyjąć, że chyba mają trochę racji.

Źródło: www.wykop.pl


Chociaż wydaje mi się, że w przypadku Polski badacze powinni doprecyzować pytanie i uściślić, którą granicę mają na myśli. Bo jakoś nie wydaje mi się, żeby większość nastolatków marzyła o życiu na Litwie, Ukrainie czy Białorusi – choć oczywiście amatorzy słowiańskich klimatów, mocnych trunków, tanich papierosów i niebanalnych kierunków podróży są wśród nas. Trudno też wyobrazić sobie wychudzonego hipstera z Placu Zbawiciela,  uzależnionego od MacBook’a, iPhone’a, latte na mleku sojowym i przecen w H&M, rozpoczynającego nowe życie ze stadem jaków w jurcie na mongolskim stepie, lub też 18 – latkę uwielbiającą zumbę, samoopalacze i imprezy, która odrzuca wszystkie te konsumpcyjno – kapitalistyczne wymysły i jedzie odnaleźć zen oraz „jeść, modlić się i kochać” w tybetańskim klasztorze.



Źródło: http://fishki.pl
Powiedzmy sobie szczerze – mówiąc o życiu „za granicą” mamy na myśli granicę zachodnią. Pojmujemy ją jednak bardzo szeroko: mityczna kraina Zachodu rozciąga się w wyobraźni Polaka od muru berlińskiego i wiedzie przez londyńskie City, paryskie kawiarenki pełne dymu i croissantów, słoneczną Barcelonę, aż do wieżowców Manhattanu i bulwarów w Beverly Hills. W tych cudownych miastach każdy ma przyjemną, kreatywną pracę, która daje możliwości samorozwoju i pieniądze, pozwalające na życie wypełnione ciekawymi zajęciami i licznymi hobby. Ludzie rzecz jasna – nie to co w Polsce – uśmiechają się do siebie na ulicy, pomagają dzieciom, staruszkom i kobietom w ciąży, kochają zwierzęta, uprawiają mnóstwo sportów i dbają o środowisko, słowem – są zupełnie inni niż nasi zapyziali, sfrustrowani, zakompleksieni, zaściankowi i nieprzyjemni w obyciu rodacy. Nie wspominając już o tym, że są ładniejsi i lepiej się ubierają. 



Każdy z nas ma przynajmniej jednego znajomego, który mieszka/mieszkał w innym kraju. Czy z jego opowieści też wynika, że kiedy stanął na polskiej granicy świat otworzył przed nim swe ramiona i kusił licznymi urokami? Z doświadczeń moich znajomych wnioskuję, że wręcz przeciwnie – okazuje się, że wbrew wszelkim oczekiwaniom tam też jest… normalnie. Na dobre studia bardzo ciężko się dostać, a kiedy już się uda, trzeba za nie słono płacić. Lub zaciągnąć kredyt studencki, który spłaca się potem latami. Po studiach o pracę równie trudno jak w Polsce – przepraszam, właściwie trudniej. Niestety Polacy najczęściej wykonują za granicą prace fizyczne – są dobrze płatne, można sobie odłożyć, to fakt, ale czy to jest to „wymarzone” życie pełne możliwości i perspektyw, o którym tyle słyszeliśmy w kraju? Niestety banki w londyńskim City nie są w stanie zatrudnić wszystkich polskich imigrantów, dlatego los Isabel Marcinkiewicz i jej małżonka mogą podzielić tylko nieliczni. Także ruszając na podbój USA nie liczmy, że zostaniemy drugą Alicją Bachledą – Curuś (której największym dokonaniem jest wspólne dziecko z hollywoodzkim bad boyem), Weroniką Rosati czy Izą Miko – zresztą bolesna prawda jest taka, że żadna z nich nie odniosła spektakularnego sukcesu i znane są głównie w Polsce głównie z tego, że wyjechały.



Źródło: www.koszulkolandia.com
Psycholog, dr Paweł Wójcik, tłumaczy w najnowszym „Newsweeku” że wśród młodych nadal żywy jest stereotyp, że pieniądze i karierę można zrobić jedynie za granicą. Do tego mamy wyjątkowo rozbudzone aspiracje samorealizacyjne i materialne. Na szczęście premier Tusk wywalczył parę dni temu z unijnej kasy ponad 300 miliardów złotych, które w latach 2014 – 2020 będą tylko czekały na rozsądne zagospodarowanie przez głodne sukcesu młode wilki z pokolenia „millenials”. A przypominam, że pieniądze te pochodzą z funduszu SPÓJNOŚCI, a więc mają zostać wydane na wyrównywanie różnic w poziomie życia między bogatszymi i biedniejszymi państwami. Może więc warto uświadomić sobie, że tu gdzie jesteśmy też mamy niezłe perspektywy, szanse i możliwości, trzeba tylko umieć je wykorzystać. I wstawić w różowe okulary przez które patrzymy na inne kraje szkła dla dalekowidzów, żeby przypadkiem nie potknąć się o to, co leży na polskiej ulicy.

Daria

czwartek, 7 lutego 2013

Quo vadis humanisto?


Zacznijmy poważnie: STUDIA TO WAŻNA DECYZJA W ŻYCIU KAŻDEGO CZŁOWIEKA. Dlatego kiedy zbliża się matura wielu osobom nasuwa się myśl: co by tu zacząć studiować? (osoby, które w tym wieku wiedzą co chcą w życiu robić są zdecydowanie w mniejszości). Tyle uczelni do wyboru (od prywatnych po publiczne), tyle kierunków (od ścisłych po idiotyczne). Wtedy w głowie zaczyna świtać najgorsza opcja – coś tam wybiorę, jakoś to będzie. W tym momencie wiele osób podejmuje jedną decyzję – idzie na studia humanistyczne. Ale spokojnie, nie chodzi tu szykanowanie biednych humanistów. Zastanówmy się wspólnie nad tym dlaczego jest ich coraz więcej.
1 PRZYCZYNA – wada genetyczna. Bywa i tak. Od dzieciństwa liczenie nawet do 5 sprawia niektórym trudności. A podniesienie czegoś do kwadratu wymaga nieludzkiego wysiłku. Nawet mało dziecko potrafi ocenić rezultat swojego starcia z matematyką najprostszą metodą zerojedynkową z wynikiem 1:0 dla królowej nauk. Natury nie oszukasz.
2 PRZYCZYNA – studia humanistyczne są najbardziej lajtowe. Dla niektórych ludzi na pewno. Dla innych – nawet nie zdajecie sobie sprawy jakim są zmartwieniem. Nie da się w nieskończoność poprawiać egzaminów. A do egzaminów szczególnie na studiach humanistycznych trzeba się wykuć – nie ma tu nic do rozumienia. Połowa przedmiotów kompletnie nie nadaje się do funkcjonowania w jakiejkolwiek rzeczywistości ( nie wspominając już o niektórych kierunkach).
3 PRZYCZYNA – lenistwo umysłowe. Łączy się nieodłącznie z przyczyną numer 2  i poniekąd z przyczyną numer 1. Ludzie nie myślą o tym co chcą robić w życiu. Tacy, którzy to robią naprawdę są rzadkością i raczej głośno o tym nie mówią, nie piszą, bo po prostu nie mają czasu. A leniwce bardzo chętnie wybierają coraz to nowsze kierunki z gatunku egzotyczne - skoro mamy w Warszawie palmę możemy mieć i to. Lenistwo umysłowe skłania wielu studentów również do ściągania. Ale gdyby w Polsce zawieszano ich za ściąganie, nie miałby kto uczęszczać na zajęcia.
4 PRZYCZYNA – brak kierunków łączących umiejętności ścisłe z humanistycznymi. Ale to już trzeba odwoływać się do „góry”. Polska trochę nie ma pomysłu na studentów, podobnie jak studenci nie mają pomysłu na Polskę.


Nie oszukujmy się to nie jest jedynie wina studentów, że po studiach humanistycznych wypuszczani są na rynek pracy niemal nieskażeni doświadczeniem czy logicznym myśleniem. Wiedza encyklopedyczna wciąż króluje. Zakuć, zdać, zapomnieć – czy skądś to znacie?
Nawiązując do przyczyny numer 2. Studia ścisłe w porównaniu do tych humanistycznych to ciężka harówka. Matematycy wydają się elokwentni, inteligentni i błyskotliwi (tylko w filmach). Zapraszam do klubu na R (wtajemniczeni wiedzą o czym mówię). Tam to dopiero króluje egzotyka! A panowie zachowują się w taki sposób jakby pierwszy raz zobaczyli żywą kobietę. Oczywiście nie wszyscy.


Humaniści mają też w historii świata swoje zasługi - umiesz pisać i czytać? To dobrze - dzięki temu wzór matematyczny też potrafisz odczytać ;]




Wracając jednak do humanistów. Takie studia wymagają od nas kreatywności, zapału i chęci poszukiwania dróg alternatywnych.




Brzmi zachęcająco?

Na pewno, szczególnie w czasach kryzysu:D 

Justyna

















czwartek, 31 stycznia 2013

Dziękujemy!!!

Dziękujemy wszystkim, którzy oddali głos na naszego bloga! Niestety nie udało nam się zakwalifikować do pierwszej 10, ale nie ma czym się przejmować! (w końcu dopiero zaczynamy :) Na 551 blogów w naszej kategorii, zajęłyśmy 63 miejsce - więc nie jest źle! ;] 

Pozdrawiamy!!!


Justyna, Daria i Karolina ;)







piątek, 25 stycznia 2013

Seriale na sesję

Źródło: demotywatory.pl


Sesja nadeszła, trzeba wiec znaleźć sobie coś do roboty. Gdy już wyczyścimy fugi między kafelkami, upieczemy 40 muffinów i zrobimy pranie ręczne, pozostaje nam jedno wyjście: obejrzeć jakiś serial.

Zdawałoby się, że w porównaniu z ogromem pracy fizycznej, która już za nami i pracy umysłowej, która dopiero nas czeka, akurat to nie będzie problemem. Ale to tylko pozory: wybór odpowiedniego serialu wcale nie jest taki prosty. Z góry odrzucamy wszystkie polskie produkcje – o powodach tej decyzji można by napisać oddzielny post (co z pewnością kiedyś nastąpi:). Tak naprawdę bierzemy pod uwagę tylko seriale amerykańskie, gdyż: 

Źródło: demotywatory.pl

1) są najlepiej, najbardziej profesjonalnie zrobione: scenografia, muzyka, zdjęcia dopracowane w każdym calu

2) nie czujemy zażenowania, kiedy je oglądamy (a uczucie to nieodmiennie towarzyszy mi przy „delektowaniu się” polskimi serialami)

3) są autentycznie: śmieszne/wzruszające/straszne/wciągające – zależy od efektu, jaki mają wywołać


4) aktorzy, którzy w nich grają, nie traktują swojej roli jak ciężkich robót publicznych za marne, ale potrzebne pieniądze – dają z siebie wszystko, bo wiedzą, że seriale nie są już tylko młodszym i brzydszym rodzeństwem filmów; teraz seriale i filmy są jak siostry bliźniaczki które cały czas  kłócą się, która jest ładniejsza i którą rodzice (widzowie)  kochają bardziej.

Źródło: demotywatory.pl


Tak więc znamy kraj produkcji. I co dalej? Wchodzimy na jedną ze stron które wszyscy znamy (ale nie będziemy rzucać nazwami) i widzimy gigantyczną listę tytułów, z których większość nic nam nie mówi. Szał na seriale medyczne powoli mija („Dr House” się skończył, „Chirurdzy” jeszcze operują, ale też czas już chyba „zamknąć pacjenta”), wampiry z „Czystej krwi” i „Pamiętników wampirów” wyssały już swoje ofiary do ostatniej kropelki, a na wysmakowane seriale kostiumowe w rodzaju „Rodziny Borgiów”, „Dynastii Tudorów” czy już bardziej współczesnego „Zakazanego Imperium” potrzeba wolnego co najmniej tygodnia, gdyż tak wciągają, że naprawdę nie skończy się tylko na 1 odcinku.


"2 broke girls". Źródło: http://twoje-seriale.pl
Najlepsze na sesję są produkcje lekkie, zabawne i krótkie. Te kryteria spełniają 2 świetne seriale: „2 broke girls” oraz po prostu „Girls”. Właściwie można je nazwać anty - serialami, gdyż dissują (może dlatego tak mi się spodobały? :) wszystko i wszystkich. Bohaterowie nie są piękni, szczególnie ciekawi (obydwa opowiadają o losach przeciętniaków, by nie powiedzieć: nieudaczników) ani nawet dobrze ubrani. Nie chodzą do fajnych miejsc ani nie jedzą fajnych rzeczy. Nie mają też fajnej pracy; albo jest beznadziejna i jej nienawidzą, albo są bezrobotni. Pojawia się także temat tabu, totalnie nieobecny w klasycznych serialach, w których bohaterowie po prostu żyli ciekawe, a za co, to już pozostawało ich tajemnicą: PIENIĄDZE. To wokół nich, a nie wokół  facetów – jak w każdym serialu dla kobiet – koncentrują się myśli i działania dwóch spłukanych dziewczyn. 

"Girls". Źródło: http://itonlytakesagirl.blogspot.com


Obie produkcje stanowią sarkastyczną i trochę gorzką odpowiedź na „Seks w wielkim mieście”: „miasto może i wielkie ale i tak tego nie widzę, bo praktycznie nie ruszam się z Wiliamsburga, seks to tylko kolejne źródło problemów (choroby weneryczne!!), a nie radości, a jedyny Big, jaki może mnie spotkać to big debt albo big bill, zdają się myśleć bohaterki. W „Girls” pojawiają się zresztą bezpośrednie nawiązania do „Seksu..”, choćby w karykaturalnej postaci Shoshany, która jest jego maniaczką i marzy, by żyć jak Carrie, ale raczej jej to nie grozi.

Źródło: demotywatory.pl
Jednak najważniejszą cechą wspólną obu tych propozycji jest IRONIA, przechodząca wręcz w SARKAZM. Wyśmiewają Żydów, Murzynów, Azjatów, Latynosów, Polaków (tak, tak, w „2 broke girls” jest bardzo barwna postać emigrantki znad Wisły), homoseksualistów, hipsterów, karierowiczów, małomiasteczkowość, pseudo – artyzm, przeintelektualizowanie. Śmieją się też sami z siebie: ze swej nieudolności, niewypłacalności, z kryzysu, z bolesnego wchodzenia w dorosłość. Wszystkie ich wysiłki wydają nam się syzyfową pracą – przecież jeśli osiągnęliby sukces, nie byłoby już o czym robić serialu – i z jednej strony im kibicujemy, a z drugiej mamy nadzieję, że znowu coś nie wyjdzie; w końcu zawsze bardziej lubimy tych, którzy mają gorzej od nas :)  

Daria

Głosujcie na DISS w konkursie Blog Roku 2012!!!

Źródło: demotywatory.pl



3...2...1... GŁOSUJEMY!!!! Kochani, w dniach 24 - 31 stycznia odbywa się głosowanie na Bloga Roku. Jak już pewnie wiecie, DISS BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE :) Dlatego mamy do Was OGROMNĄ PROŚBĘ: wysyłajcie smsy o treści C00363 Na numer 7122. Koszt smsa: 1,23 zł (z VAT). Za tą cenę możecie kupić naszą dozgonną wdzięczność!!:) Nie zapomnijcie też powiedzieć o naszej akcji siostrze, bratu, mamie, tacie, chłopakowi, dziewczynie, koleżance, koledze, ciotce, wujkowi, kuzynce i w ogóle każdemu, kto pojawi się na waszej drodze. W naszej kategorii - LIFESTYLE - zgłoszonych zostało ponad 500 blogów, z których - na podstawie Waszych głosów - do finału przejdzie tylko 10. POMÓŻCIE!!

P.S.Ważny fragment regulaminu:
"Głosujący mogą wysłać nieograniczoną liczbę wiadomości SMS, przy zastosowaniu zasady, że z jednego numeru telefonu można oddać po jednym głosie na dany blog. Po oddaniu głosu na dany blog z danego numeru telefonu, możliwe jest oddanie z wykorzystaniem tego numeru telefonu, głosu na inne blogi."

Daria, Justyna & Karolina