piątek, 11 stycznia 2013

Piątek, tygodnia koniec i początek...

Źródło: www.temysli.pl



Trzeba przyznać, że w tym jednym zdaniu Liroy zawarł ponadczasową prawdę o sensie życia. Gdyż życie nasze dzieli się na dwie zasadnicze części: dzień powszedni i weekend. Każda z nich stanowi odrębny mikrokosmos, rządzący się innymi prawami, wypełniony innymi ludźmi i sprawiający, że sami  siebie nie poznajemy w osobie tej „dancing queen” wykonującej solówkę „Gangnam Style” na środku parkietu lub też macho bajerującego co ładniejsze dziewczyny obiecującym tekstem „zatańczymy? Nie pożałujesz...”

Przemiana z Dr Jekylla w Mr Hyda zaczyna się już w piątek po południu, zaraz po wyjściu z pracy/ zajęć. Chociaż bądźmy szczerzy... już od rana gryzie nas największy problem: W CO  SIĘ UBRAĆ?? Dziewczyny rozwiązują go najprzyjemniejszym, choć nie zawsze skutecznym sposobem: trzeba iść na zakupy!! Jeśli jednak w sklepie nie znajdziemy nic odpowiedniego ( a jak wiadomo, zawsze „nie ma niczego fajnego”), chwytamy się opcji nr 2: pożyczamy ciuchy od koleżanki/siostry (nie zawsze za jej wiedzą i zgodą). Gdy i to zawiedzie, pozostaje ostateczne wyjście: ubrać coś, co „wszyscy już widzieli” i „miałam to ostatnio”, ale tak naprawdę to tylko w tym wyglądamy dobrze, bo cała reszta naszej ledwo domykającej się szafy jest w sumie do niczego. Trzeba przyznać, że faceci ten punkt programu przechodzą mniej boleśnie: ubierają po prostu to, co jest czyste (choć czasami i to stanowi niemałe wyzwanie...)

Źródło: kwejk.pl
Gdy już jesteśmy gotowi, wyruszamy na BIFOR. W dobrym tonie jest „wprowadzić się w nastrój” jeszcze przed dotarciem do miejsca naszego przeznaczenia, czyli klubu właściwego. Nastrój ten dobrze jest osiągnąć możliwe niewielkim nakładem środków finansowych, dlatego albo pracujemy nad nim w mieszkaniu jednego z uczestników spotkania przy pomocy alkoholu z Biedronki, albo w miejscu, gdzie cena piwa nie przekracza 6 zł: wszelkie przekąski, zakąski, mety i galarety nadadzą się jak znalazł, gdyż są nie tylko tanie, ale i trendy. Jednak cechą charakterystyczną bifora jest to, iż bardzo często przekształca się on w imprezę właściwą, a dla niektórych i w jej koniec... Przecież zgromadzone przez wszystkich zapasy trzeba opróżnić, z pubu nie chce się ruszać, bo na dworze zimno a do klubu daleko, poza tym na pewno „jeszcze się nie rozkręciło...”

To podejście jest z gruntu niewłaściwe: otóż nigdy nie wejdziemy w dobrym momencie. Opcje są 2: albo naprawdę jeszcze sie nie rozkręciło  (ale zakładamy, że po naszym biforze dobiliśmy do klubu około północy – jeśli JESZCZE się nie rozkręciło, pogódźmy się z brutalną prawdą: lepiej już nie będzie) , albo trafiliśmy w samo oko imprezowego cyklonu, czyli: przed klubem tłum a przed drzwiami nadęty bramkarz, który wykonuje swoje zadanie z takim oddaniem, że śmiało mógłby zastąpić Przemysława Tytonia na Euro. Gdy po minimum półgodzinnym oczekiwaniu uda się nam wejść do środka, wydaje nam się, że trafiliśmy do raju.  Obraz, który ukazuje się naszym oczom, bardziej przypomina jednak „Sąd Ostateczny” Boscha: zbiór wszystkich dziwnych typów ludzkich, jakie tylko możemy sobie wyobrazić.   


Źródło: demotywatory.pl
Żeby nieco wzmocnić nadwątlony oczekiwaniem na wejście nastrój, idziemy do baru – wiemy, że ze względu na ceny nie będziemy go za często odwiedzać, ale na początek można zaszaleć. Stoimy więc z drinkiem w ręce i lustrujemy wzrokiem towarzystwo. Dziewczyny wypatrują księcia z bajki, który białego konia zostawił przed wejściem, co utrudnia nieco identyfikację, ale nadzieja i cel jest jeden: znaleźć super faceta nie tylko do potańczenia, ale i do życia. Chociaż wiemy, jak to jest ze znajomościami zawieranymi na imprezach, zawsze jednak wmawiamy sobie, że „tym razem będzie inaczej”, czyli tak się akurat złoży, że w naszym klubie pojawi się wolny i chętny Johnny Depp. Natomiast faceci chcą z reguły po prostu miło spędzić wieczór (a może i noc)... i tyle.  Może to właśnie ta podstawowa różnica  oczekiwań  powoduje, że rzadko kiedy obie strony są usatysfakcjonowane, i co najmniej jedna zastanawia się „o co mu/ jej chodziło? Czy ze mną coś jest nie tak?”

Szczera odpowiedź na to pytanie najczęściej brzmi: TAK. Jeśli:
1) prosisz ją do tańca słowami „Ale uprzedzam, że tańczę tylko tak jak na weselach”
2) całą godzinną rozmowę poświęcasz tematowi swojej pracy, zadając jej tylko 1 pytanie: „to jak sądzisz? Fajny projekt wymyśliłem, nie?”  
3) proponując jej drinka, rzucasz żartem: „Kolega doradził mi idealny sposób na wyrywanie lasek, ponoć zawsze działa - postawić dziewczynie drinka.”
4) okazuje się, że skończyłeś ten sam kierunek, który ona właśnie studiuje, więc postanawiasz wyjawić jej jak brutalne jest po nim życie opowieścią o długotrwałym bezrobociu i braku perspektyw, którego właśnie doświadczasz
5) po 5 minutach znajomości rzucasz z filuternym uśmiechem: „Zostawiłem telefon  w samochodzie. Pójdziesz go ze mną poszukać?”
6) zobaczyłeś dziewczynę, która ci się spodobała a nie wiesz jak zagadać, więc po prostu rzucasz się na nią „na jamochłona”
... z tej mąki chleba nie będzie. Tak naprawdę istnieje tylko jeden przepis na sukces: być sobą. Ale bez przesady.

Źródło: demotywatory.pl
 

 Mimo średniej podaży, popyt jest jednak duży, więc często i gęsto nawiązujemy różnego typu imprezowe znajomości. O 98% z nich wolałybyśmy zapomnieć, o 1% rzeczywiście nie pamiętamy z powodu, hm.. zbyt dobrego nastroju,  ale zawsze zostaje ten 1% szansy na to, że może akurat, może tym razem... A jak nie, to przecież za tydzień znowu jest piąteczek:) 

Źródło: demotywatory.pl
Daria

6 komentarzy:

  1. Hahaha, bardzo trafne spostrzeżenia :P szczególnie te o poszukiwaniu księcia na imprezie... ile to razy jako singielka miałam nadzieję, że poznam kogoś normalnego (chcoiaż rozum wielokrotnie podpowiadał, ze takie znajomości klubowe są z góry skazane na porażkę :P), kogoś, kto nie będzie mnie próbował poderwać na jakis durny tekst i nie będzie się do mnie kleił z łapami od pierwszego tańca - tylko zacznie tańczyć obok JAK CZŁOWIEK... :P no cóż, zwykle kończyło się "jak zawsze" - roczarowaniem i refleksją, jacy to współczesni faceci są durni, i gdzie się podziali ci naprawdę fajni :P ach, i jeszcze: gdzie oni wszyscy stali, byli, kiedy Pan Bóg rozdwał WZROST ;]

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Daria, super się Ciebie czyta! "na jamochłona"- umarłam :DDD pozdrawiam, Kasia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję bardzo! mam nadzieję, że wszystkie nasze teksty przypadną Ci do gustu ;)

      Usuń
  3. Po wzrost? :D Po rozum też zapomnieli się ustawić,ale kto na imprezie szuka księcia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak to się mówi: nadzieja umiera ostatnia, choć wiadomo, że jest matką głupich :)

      Usuń
  4. Lepiej zrobić na dżamprezie coś głupiego i żałować, niż żałować, ze się czegoś nie zrobiło ;D

    OdpowiedzUsuń