środa, 22 kwietnia 2015

Jak Cię widzą, tak Cię (o)piszą

www.democraticunderground.com



KAROLINA:

www.123inspiration.com
Z cyklu: A miało być tak pięknie..

Moje zainteresowanie wzbudziły „dzieła” (to chyba idealne słowo) urodzonego w Londynie fotografa Phillipa Toledano. Galeria obrazów utrzymana jest w konwencji portretów z epoki romantyzmu. Brzmi niezbyt kontrowersyjnie, ale do rzeczy… Toledano zaproponował nieco inną wizję piękna – nie tego naturalnego, ale sztucznego. Z założenia miało być cudownie, usta pełne, oczy podniesione, policzki wypełnione, ale wiadomo, perfekcja czasami prowadzi do przesady. Czy tak prezentują się dzisiejsze kanony piękna?

Czy to ZOO, a może koszmar z ulicy Wiązów?

www.myfreeimplants.com
Na ulicy coraz częściej możemy zauważyć ludzi podobnych do mniej bądź bardziej przerażających istot – już nie wiem czy zamysłem artysty chirurga i pani pacjentki było zwierzę (nie obrażając zwierząt) czy jakiś bohater filmów akcji po wypadku z wysokości albo walka z jakimś ostrym narzędziem (do tego tępym), ale ofiar jest coraz więcej. Może sprawdzają się przepowiednie znane nam tylko z filmów science-fiction o dziwnych stworach przybywających na ziemię? Jaka jest granica bycia pięknym i idealnym? Jeśli kogoś stać, niech zmienia to, czego nie dała mu natura, ale mi bardziej przypomina to tworzenie kogoś na nowo, a finalnie prowadzi do „kalectwa”. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia by zauważyć, że coś poszło nie tak.

Co definiujemy przez pojęcie piękna? 

www.michellephan.com
Wygląd determinowany jest przez czasy, w których przychodzi nam żyć. Szkoda, że dzisiaj nad naturalnością dominuje chirurgia. Jak to widzę? Wielkie sztuczne usta, które widać już z daleka (pewnie świecą się w nocy, ale tutaj plus -  chociaż  pani z pontonami na twarzy bezpiecznie wróci do domu), wstyd przed pokazaniem się bez makijażu czy chodzenie spać w pełnym ekwipunku (sic!). Przeraża skala zjawiska, a przecież piękno jest przede wszystkim wewnątrz!

www.pinterest.com






JUSTYNA:


Kim jest ta Pani ze zdjęcia?

Zawsze zastanawiałam się jak wyglądałyby kampanie reklamowe gdyby zamiast topowych modelek wystąpiły w nich normalne kobiety nie tylko w rozmiarze 30-32. Myślę, że widok 20-latek reklamujących kremy na zmarszczki powinno się wcześniej konsultować z lekarzem lub farmaceutą, bo niejedną kobietę po pięćdziesiątce może to wpędzić w głęboką depresję.

Ale do rzeczy.

www.elle.pl
www.elle.pl
Nathalie Croquet to francuska dziennikarka i stylistka, która postanowiła sprawdzić czy odtworzenie takiej kampanii jest możliwe. Wybrała najbardziej popularne sesje wizerunkowe dla znanych marek jak Lanvin, Sonia Rykiel, Isabel Marant czy Lancome i .. skonfrontowała je ze zdjęciem samej siebie stylizowanym na oryginalne zdjęcia z tych kampanii.

Cyrk? Kabaret? Nie! Projekt nosi nazwę „Spoof”, a nad jego powstaniem czuwali profesjonalni graficy, dzięki którym możliwe było dokładne odwzorowanie popularnych sesji. Czy Croquet dorównuje znanym modelkom? Odpowiedź jest prosta. Oczywiście, że nie. Niektóre zdjęcia nawet we mnie wywołują śmiech (oceńcie sami). Croquet wygina się na nich naśladując m.in. Gisele Bundchen czy Kate Moss.

Wiecznie młode?

Nie oszukujmy się, każda z nas chce być wiecznie młoda, piękna, szczupła, mądra (to ciężko nabyć), ale niestety - NIE WSZYSTKIE MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ. I oto właśnie chodzi Croquet. O dystansZabawęNie traktowanie siebie zbyt serio. Skończmy z retuszem, reklamami, gdzie produkty dla dojrzałych kobiet reklamują niemal dzieci (18-latka walcząca z efektem kurzych łapek – możliwe, ale tylko gdy odwołamy się do przypadku Benjamina Buttona).


Śmiejmy się z samych siebie! Nikt nie jest idealny, ale dzięki temu świat jest ciekawszy! ;]

www.elle.pl




DARIA: Na portalu kobieta.gazeta.pl zauważyłam artykuł o sesji zdjęciowej „Lines series”, zrealizowanej przez amerykańskiego fotografa Terrance’a Smallsa. Blogerka Sarah Coffman wraz z trzema koleżankami pozują w samej bieliźnie, zaś na ich ciałach narysowano linie obrazujące, które fragmenty trzeba by wyciąć lub poprawić, aby dziewczyny zbliżyły się do obowiązujących kanonów piękna. Celem sesji było zobrazowanie, że współczesne kobiety są wciąż wartościowane pod kątem swojej cielesności.

www.dailymail.co.uk
To spostrzeżenie nie odkrywa Ameryki, ale mogłoby zrobić coś dobrego – internautki patrząc na te zdjęcia (i siłą rzeczy porównując się z bohaterkami) mogłyby uświadomić sobie bezsens pogoni za idealnymi kształtami i nabrać dla siebie więcej akceptacji. Mogłyby, gdyby nie zjechały trochę niżej i nie poczytały sobie komentarzy. „Dziewczyny na zdjęciach 1-4 są ładne. 5-7 powinny odstawić pączki, schudnąć i też będą się podobać”, tonem znawcy stwierdza cyniczny.komentator. Komplemenciarz grupa_jaszy2 słodzi: „7 ma nieziemski tyłek”, ale w zażartą polemikę wchodzi z nim niejaki rumpa: „chyba sobie jaja robicie kolektywnie? plaskaty i rozlazły, totalnie bezkształtny.”

Jednak nie mniej (a może nawet bardziej) ciekawy jest kontekst, w którym ów artykuł został umieszczony. Przeczytawszy już wszystkie komentarze zjeżdżam sobie niżej i co widzę? Spis treści serwisu. Pierwszy z brzegu dział – „kobiece tematy”, a w nim: makijaże, trendy z wybiegu, sposoby na zmarszczki. W kolejnym dziale pt. „zabiegi” mamy następujące podkategorie: pielęgnacja twarzy, depilacja, medycyna estetyczna. Dalej „piękna figura”, a w jej ramach płaski brzuch, efekt jojo i jędrna pupa. No i oczywiście „diety”, gdzie możemy poczytać o diecie Dukana, diecie odchudzającej czy przemianie materii.

Powodem takiego doboru tematów jest rachunek ekonomiczny, z którego wynika, że do serwisu o modzie i urodzie  chętniej zgłoszą się reklamodawcy (spójrzcie na reklamy, jakie wam się wyświetlają w serwisie kobieta.gazeta.pl). Niestety, jeśli media ciągle będą bombardować nas nowościami z dziedzin typu „zabiegi”, „piękna figura” i „diety”, to nawet tysiąc sesji Terrance’a Smallsa nic nie zmieni.





czwartek, 16 kwietnia 2015

(Z)miany U (S)terów nie będzie


www.weekend.gazeta.pl

DARIA: Powiem coś niepopularnego: cieszę się, że Katarzyna Kalata nie została nowym prezesem ZUS. Cieszę się, ponieważ dzięki tej porażce mnóstwo kobiet usłyszy o 31 – letniej kandydatce, której sposób bycia i myślenia może stać się dla wielu inspiracją. Kalata nie jest skromna, nieśmiała, nie stoi w kącie marząc o jakimś innym, lepszym życiu - stara się realizować swoje plany i marzenia TU i TERAZ. Nie zastanawia się, czy znajdzie się ktoś lepszy, mądrzejszy od niej, mający polityczne plecy czy większe doświadczenie. Ona próbuje, potyka się i idzie dalej. Ma taką strasznie NIEKOBIECĄ cechę – wierzy w siebie.

Wiele kobiet jest świetnych w tym, co robią - często bardzo dużym kosztem – ale i tak nikt tego nie docenia, bo „nie wypada się chwalić” i o swoich prawdziwych kompetencjach wiedzą tylko same zainteresowane. Kalata natomiast w ciągu paru dni stała się gwiazdą, odbyła tryumfalny rajd po mediach, udzieliła mnóstwa wywiadów, opowiadała o swoich planach jakby JUŻ siedziała w fotelu prezesa. Taki sposób narracji i prezentacji swojej osoby był do tej pory wykorzystywany głównie przez panów: panie najczęściej uważają, że muszą dopiero przekonać ludzi do siebie, udowodnić wszystkim dookoła, że się nadają. Spójrzmy na prezesów wielkich światowych firm: faceci świetnie odnajdują się w roli „zdolnych leni” (Mark Zuckerberg) albo „lekko świrniętych pasjonatów z wizją” (Richard Branson). Kobiety natomiast cały czas pozują na „szkolne prymuski”. Są mądre, pracowite, ale... mało charakterne.

Kalata zachwiała tym podziałem. Nie jest poprawna, sztywna, nie przestrzega „reguł gry”. Bez pardonu zapowiadała, że nie zamierza przymilać się politykom, że wywlecze na światło dzienne wszystkie trupy znalezione w zus - owskich szafach, a z firmami zacznie współpracować, zamiast je karać. Nie była miła i grzeczna, nie starała się, żeby ktoś ją polubił czy uznał za mniejszą konkurencję, choć posiadała wszelkie atuty, aby tego spróbować. Gdyby zaczęła zgrywać sympatyczną blondynkę z sąsiedztwa, która nie wiedzieć czemu zna się trochę na ubezpieczeniach, ale nikomu nie zamierza wchodzić w drogę, być może wynik egzaminu byłby inny.  

Mi jednak najbardziej spodobał się styl, w jakim przegrała. Zamiast zaszyć się w domu z butelką wina i chlipać do poduszki, od razu zapowiedziała, że wystartuje w kolejnym konkursie na prezesa ZUS właśnie po to, żeby niektórym ludziom utrzeć nosa. Pokazała kobietom, jak walczyć i przegrywać z klasą i siłą. „Jestem gotowa na ZUS ale nie wiem, czy ZUS jest gotowy na mnie”, powiedziała. Mam nadzieję, że już wkrótce pokaże nam, jak przekuć porażkę w sukces.





JUSTYNA:

To w końcu miliardy czy miliony?

Katarzyna Kalata w wywiadzie dla jednej z telewizji śniadaniowych stwierdziła, że polityka jej kompletnie nie interesuje, co wywołało małą konsternację u prowadzących program. Ale czy tak duża instytucja powinna być upolityczniona? Czy nie najlepszy byłby kandydat bezpartyjny, nieskażony politycznymi rozgrywkami? Młody? Z głową otwartą na nowe pomysły? Jak widać – niekoniecznie. Stołki leśnych dziadków zapewne poczuły się zagrożone. A kandydatka, która stanęła do konkursu, mimo że wcześniej bez problemu przeszła przez pierwszy etap rekrutacji i jako jedyna zdała testy z wiedzy o funkcjonowaniu instytucji, na rozmowie okazała się, jak stwierdzono, MAŁO KOMPETENTNA. Nie wiedziała, że ZUS zadłużony jest nie na miliony, ale MILIARDY złotych. Kto w takim razie układa testy, które jest w stanie zdać osoba z rażącym brakiem wiedzy??

A co Ty wiesz o życiu?

Czy jej kandydatura z góry skazana była na niepowodzenie? Nie wiadomo. Oczywisty jest natomiast WIEK kandydatki. Ja na jej miejscu, po usłyszeniu po raz 100 pytania pod tytułem: „Czy osoba w Pani wieku jest w stanie zarządzać tak dużą instytucją?”, straciłabym wiarę w człowieka. Nie oszukujmy się – wiek to nie wszystko. Stawiałabym raczej na PREDYSPOZYCJE i KOMPETENCJE. Bo skąd pewność, że akurat Katarzyna Kalata nie sprawdziłaby się na tym stanowisku? Przecież nie mamy do czynienia w tym przypadku z 18-latką, która naoglądała się filmów o „Legalnej Blondynce” i zamarzyła o karierze w wielkim świecie. Kobieta ma 31 lat (co w normalnych sytuacjach sytuuje ją  prawie w gronie emerytek), własną firmę (co także jej wytykano), 2 dzieci i szczerze odpowiadała na wszystkie zadawane jej pytania.

Być może gdyby zajęła się nią profesjonalna agencja PR to mielibyśmy do czynienia z ODKRYCIEM ROKU. A tak – za młoda, zbyt mało kompetentna i w dodatku … KOBIETA???





KAROLINA:

Legally blonde made in Poland

Justyna, świetnie, że wspominasz o "Legalnej Blondynce", bo słysząc o Katarzynie Kalacie pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło, to historia Elle Woods z „Legalnej blondynki” z Reese Witherspoon! Ale jak to w polskim realiach filmowych bywa – bez happy endu, ewentualnie end do przewidzenia. Niestety – nasza bohaterka poległa na egzaminie ustnym. Ponoć był trudny i nieprzyjemny. Z pewnością. W końcu z założenia ma on być na tyle skomplikowany, żeby nikt go nie zdał. Może zróbmy też konkurs na prezydenta, premiera i polityków, to mogłoby być ciekawe doświadczenie.

Na Harvard też ciężko się dostać, ale jest to wykonalne. Na myśl przychodzi mi scena, w której główna bohaterka przesyła wideo ze swoją kandydaturą – w różowym kostiumie na basenie. Dla mnie to kreatywność i umiejętność zainteresowania sobą drugiej osoby. U nas posądzono by ją o znieważenie, ewentualnie o brak piątek klepki.

Młoda, znaczy niekompetentna?

Mówi się, że młodzi wyjeżdżają. Fakt, ale jeśli spojrzeć na kadry w instytucjach państwowych, średnia wieku wynosi grubo ponad 50-60 lat. Część już chyli się nad grobem, ostatkami sił pobierając pensję. A tu przychodzi młoda dziewczyna, bierze udział w konkursie i ku zdumieniu leśnych dziadków go zdaje. Szok i niedowierzanie. Jak to? Kobieta? Młoda? Zdała? Trzeba jej dokopać na ustnym. Nie wypowiadam się na temat jej kompetencji, bo nie znam pani osobiście, ale z jej doświadczenia wynika, że jakieś pojęcie ma. Poprzednicy niby byli starsi (czytaj: a więc i bardziej doświadczeni), a cudów nie dokonali.


To idzie młodość i warto się z tym w końcu oswoić!

niedziela, 12 kwietnia 2015

Portale randkowe - zakupy online?



JUSTYNA:

Zaadoptuj faceta

Po kampanii „Zaadoptuj psiaka” i „Adopcji na odległość” przyszedł czas na adopcję… mężczyzn. Słyszeliście może o portalu ZaadoptujFaceta.pl? Nie? Czas to zmienić. Można się tam poczuć jak na zakupach online – masz swój koszyk, do którego wrzucasz (atrakcyjne) produkty.  Zdecydowanie – świat idzie do przodu, bo strona oferuje mężczyzn podzielonych na konkretne kategorie. Lubisz podróże? Z pewnością zainteresują cię podróżnicy. Kran przecieka? Może przydałby ci się „Pan złota rączka”. Zdecydowałaś się już na kogoś? Jeżeli wszystko się zgadza, zdjęcie również (na żywo osobnika czasami można nie rozpoznać), czas najwyższy podjąć decyzję – AKCEPTUJESZ (dodajesz do koszyka) lub wybierasz opcję NIGDY W ŻYCIU.

Przyznam szczerze, że o portalu dowiedziałam się od koleżanki, bo nigdy wcześniej o nim nie słyszałam. Nazwa? Chwytliwa, nie zaprzeczę. Facet sprowadzony jest w tym przypadku do roli produktu, który albo się sprzeda albo NIE. Jak w sklepie – jedne ubrania schodzą jak świeże bułeczki, a inne, mimo wyprzedaży, wiszą smutnie na wieszakach. I co najważniejsze – koszyk nie ma limitu, umieszczasz w nim tylu mężczyzn, ilu tylko spełni twoje oczekiwania (z początku jedynie wizualne). Chyba, że na portalu randkowym uda ci się ocenić czyjś charakter, w co raczej wątpię ;]

Co najważniejsze – są oczywiście NOWE DOSTAWY– od wytatuowanych, przez rudowłosych, potrafiących gotować, zapewne również żonglować, biegać na czas i łapać piłkę zębami w powietrzu. Pełen wypas.

Owocnych zakupów! ;]




DARIA

Dawniej sądziłam, że zakładanie konta na portalu randkowym to obciach. Dobre dla desperatów, pracoholików albo świrów, którzy chcą ukryć fakt bycia świrem tak długo, jak to możliwe – myślałam. Ale zmieniłam zdanie. Zastanówcie się, jak dużo odwagi potrzeba, żeby oznajmić publicznie, podpisując się swoim imieniem i nazwiskiem i firmując najkorzystniejszym zdjęciem, jakie macie: „jestem sam/sama, mam tego dość i chcę to zmienić”? Powiedzielibyście tak komuś w realu? Nowo poznanemu chłopakowi w klubie lub bratu koleżanki, który od dawna wam się podoba? W życiu! No właśnie, w życiu każdy zgrywa niedostępnego i wyluzowanego, na zasadzie „może być, ale nie musi” lub „wiem, że jestem zajebisty/a, nie potrzebuję potwierdzać tego w czyichś oczach”.

Natomiast w internecie, gdzie niby tak łatwo jest się ukryć i kłamać od początku do końca, ludzie często się odsłaniają. Czasami może to być dosyć bezpośrednie: zaczynanie znajomości zwrotem „pobzykałbym” lub „umówmy się na weekend w SPA” raczej nie pozostawia złudzeń co do zamiarów piszącego. Czasem bywa nieporadnie, ale uroczo: „Hej, chciałbym Ciebie poznać i poznać ten bardzo ładny uśmiech co uwidoczniony jest na zdjęciu oraz dowiedzieć się co ciekawego u ciebie słychać, jakie masz marzenia i jakie wartości są dla Ciebie najważniejsze?”, „Mam teraz otwartą pocztę, więc moglibyśmy pisać bez ograniczeń. Bardzo mi zależy ", „Z tego co tu widzę jesteś śliczna to znaczy podobasz mi się . Miło było by cię poznać jeśli się zgodzisz. Szukam koleżanki układu . Chciał bym się od wdzięczyć a cos dyskretnego" (pisownia oryginalna). Czasami jednak jest naprawdę finezyjnie: „hej. masz fajnego nicka. taki starosłowiański”, "Prawdą jest, że między "powiedzieć" a "zrobić" jest duża przepaść. Zapomnijmy o znaczeniu tego słowa i poznajmy się ", czy mój faworyt: „Nigdy nie zaczepiałem kobiet wyższych ode mnie, ale... Twoja uroda robi na mnie piorunujące wrażenie. Czy miałabyś ochotę wypić gorącą czekoladę w sympatycznym towarzystwie?”


Wszystkie te wiadomości zostały naprawdę wysłane do kobiet na serwisach randkowych, zrobiłam research ;) Po czym więc poznać, czy warto coś zaczynać czy nie? Moja koleżanka obeznana w temacie twierdzi, że selekcję trzeba przeprowadzać trójstopniowo: najpierw zdjęcie, potem opis profilu, wreszcie treść prywatnych wiadomości. Jej zdaniem wcale nie jest trudno rozpoznać fajnych facetów, a umówienie się z kompletnym idiotą wymaga naprawdę dużego talentu lub ignorowania wszystkich znaków ostrzegawczych, jakie pojawiają się po drodze. Przykład? Lampka powinna świecić się na czerwono, gdy facet robi sobie zdjęcie w lustrze z nagą klatą i/lub w opisie jego profilu czytamy „lubię w drugą dziurkę” ;) Jednak po ominięciu tego typu raf, można wyłowić prawdziwe perełki :)




KAROLINA:

Rozeznanie

Nie wiem czemu, ale jak słyszę – portal randkowy, to od razu przechodzi mnie dreszcz i targają mną różnorodne emocje – od przerażenia, po strach, aż do poczucia obciachu, a nawet śmiechu. Może to trochę dziwne, ale po wysłuchaniu doświadczeń osoby X czy Y, zaczynam wątpić w rasę ludzką. Czasami jest śmiesznie, jak w typowej amerykańskiej komedii, czasami strasznie, jak w japońskich horrorach, a czasami zwyczajnie creepy. Możliwości spotkania psychopaty raczej nie ma (RACZEJ), ale takich, którzy w przyszłości mogą nosić w plecaku tykającą bombę, znalazłoby się już nieco więcej. Na pewno jest sporo normalnych, ale o nich nikt nie pisze i nie opowiada, ale dobrze, że istnieje jakaś (chociaż nieco zaburzona) równowaga.

Nowa podgrupa – Tinderowcy

Tinder – już od jakiegoś czasu święci triumfy w naszym kraju. W Warszawie pod Rotundą grasują wygłodniałe istoty, które liczą na to, że poznany w sieci wybranek jednak zjawi się w umówionym miejscu. Często po fakcie zmieniamy zdanie. Wolałybyśmy, żeby stanął w korku, zgubił się na 2 linii metra albo pomylił Rotundę z jakąś inną częścią miasta. Ale wtedy jest już za późno..  O jakich sytuacjach mówię? 

Cykl - prawdziwe historie - relacje poszkodowanych

Np. o takich, podczas których okazuje się, że wybranek ma partnerkę. Widocznie zapomniał, zdarza się. Zapominasz wyprowadzić psa, nakarmić kota, zapominasz też, że z kimś mieszkasz.  Albo, kiedy zapomniał, że umówił się w tym samym czasie ze swoją dziewczyną. Widzisz, bo akurat na ekranie telefonu wyświetla się informacja, że dzwoni „Kotek” (zapewne ten wygłodniały futrzak przy misce ;] ). ALBO – kiedy wspólna impreza sylwestrowa nie wypala, bo chłopak co roku spędza ten wieczór na nocnych spacerach z mamą po lesie – tak zwana sytuacja creepy. 


Ale normalni też są, nie mam wątpliwości. 

środa, 8 kwietnia 2015

Czy piersi są niemoralne?



www.pinterest.com



DARIA: Słyszeliście kiedyś o kampanii #freethenipple? Bo ja kurde nie i strasznie mi to nie pasuje. Dziś mój KOLEGA (!) wrzucił info o niej na Facebooka i tak się dowiedziałam. Pomyślałam – o, coś nowego, super! Sęk w tym, że to NIE JEST nic nowego – na stronie internetowej magazynu Elle można znaleźć artykuł z grudnia 2014 podający przykłady  gwiazd, które w ciągu minionego roku zaangażowały się w kampanię: http://www.elle.com/culture/celebrities/news/a19771/celebrities-2014-nipples/

Na Twitterze konto @freethenipple powstałe w kwietniu 2012 roku obserwuje 158 tys. osób. W tym tylko JEDEN z moich kilkuset twitterowych znajomych, większość z których MA poglądy równościowe, nie ma natomiast JAK dowiedzieć się, że coś takiego w ogóle istnieje, bo najwidoczniej dla polskich mediów temat „nie zażre” i uparcie o nim milczą.

Co to właściwie jest Free the Nipple? Lepiej ode mnie wyjaśni to strona internetowa  http://www.freethenipple.com/.  W skrócie: to ruch, którego głównym celem jest deseksualizacja kobiecych piersi i sprawienie, żeby zaistniały w przestrzeni publicznej na takich samych prawach, jak już od dawna funkcjonują w niej piersi męskie. W 2014 roku inicjatywę wsparło mnóstwo gwiazd: Rihanna, Cara Delevigne, Miley Cyrus, Scout Willis (córka Bruce’a Willisa i Demi Moore, która przeszła się topless po Nowym Jorku i napisała świetny manifest tłumaczący, po co to robi, dostępny tutaj: http://www.elephantjournal.com/2015/04/female-nipples-causing-an-internet-storm-nudity/), Madonna, Lena Dunham, Rosie Huntington-Whiteley. W 2014 roku powstał też oparty na faktach film „Free the Nipple” o walce z cenzurą i kryminalizacją nagiego kobiecego ciała w USA.

Kobiece piersi objęte są dziś prohibicją, jak alkohol w latach 20. Kto chce, ma dostęp (czy też sobie poogląda), a kto jest obrotny, może na tym nieźle zarobić. Najbardziej kusi to, co zakazane, niedostępne - nie inaczej jest z narkotykami. Kto najlepiej zarabia na tym, że marihuana jest nielegalna? Narkobiznes! Kto najlepiej zarabia na seksualizacji kobiecych piersi? Pornobiznes! Piersi sprzedawane są na okładkach pisemek czy różnych stronach w internecie tak samo jak działki pod klubami. Podobna fala oburzenia przetacza się zarówno wtedy, gdy ludzie chcą hodować legalnie marihuanę jak i wtedy, gdy kobiety chcą same dysponować swoimi piersiami. Różnica polega na tym, że zwolennicy konopi potrafią się zjednoczyć i walczyć o swoje, co pokazuje chociażby ich ostatnia akcja „Uwolnić zatrzymanych! Dość represji za marihuanę!”, do której akces na Facebooku zgłosiło już 11 tys. osób.

A kobiety? Potrafią się zjednoczyć? Dlaczego polskie gwiazdy nie włączyły się do kampanii „Free the Nipple”, którą z takim zapałem promują ich koleżanki z Zachodu? Bały się, że zostaną posądzone o bycie tą straszną FEMINISTKĄ i trafią do jednego wora ze Środą, Szczuką, Nowacką i Nowicką? Jeszcze ktoś nie daj Boże pomyślałby, że są agresywne! A u nas trzeba być przede wszystkim MIŁYM, żeby dostać angaż w ciepłym, familijnym serialu typu „Rodzinka.pl” i być kupionym przez ciepłą, familijną widownię. Która widoku sutka mogłaby nie zdzierżyć.




www.plejada.onet.pl
JUSTYNA: O ile dobrze pamiętam to temat #freethenipple poruszyła Anja Rubik, kiedy Instagram zablokował najpierw jej prywatne konto, a następnie oficjalne konto pisma modelki „25 magazine”. Jako powód podano, że zdjęcia, które się tam pojawiały mogły być uważane za obraźliwe. A co właściwie było w nich tak oburzającego? Kilka nagich piersi, sutków, pośladków, ale przedstawionych w bardzo artystyczny sposób. Czy naprawdę młodzi użytkownicy Instagramu nie trafiają w internecie na gorsze treści? Srsly? Nagość w fotografii nie jest niczym złym, a dla modelek jest czymś naturalnym (po coś się przecież odchudzają!). Nie wiem czy wiesz Daria, ale Anja Rubik zapoczątkowała nawet kampanię „Don’t fear the Nipple”, która polegała na promowaniu tego problemu poprzez tworzenie koszulek z charakterystycznymi zdjęciami nagich piersi.

Nie popadajmy w jakieś skrajności – nie zachęcam do tego, żeby teraz na znak solidarności połowa kobiet na świecie zamiast selfie opublikowała zdjęcia swoich nagich piersi. Powinno się jednak odróżniać artyzm od pornografii. Za nagie zdjęcia na Instagramie została również zawieszona Rihanna, która zamieściła na swoim profilu fotografie z sesji zdjęciowej do magazynu „Lui”. Jeżeli zdjęcia w magazynie nie obrażały uczuć jego czytelników, to czemu portal społecznościowy zadecydował, że są zbyt odważne?

#freethenipple to świetna akcja, która zwraca uwagę na problem nierównego traktowania nagich zdjęć kobiet i mężczyzn. Bo goła klata jest spoko? Przecież faceci też mają sutki! Dlaczego kobiety mają się wstydzić czegoś, co jest ich częścią? 




KAROLINA: Akcja chwytliwa, nie powiem. Dowiedziałam się o niej, podobnie jak Justyna, kiedy temat poruszyła Anja Rubik. Dziwi jedno. Czemu w czasach, w których nagość jest tak chętnie sprzedawana (i jeszcze chętniej kupowana) a dziewczyny na Instagramie już same nie wiedzą, co ‘wyłożyć’ na stół, sutki są tematem tabu? Są nierozerwalnie związane z piersiami, jeśli spojrzymy na to z biologicznego punktu widzenia.

„Free the nipples” nie ma na celu promocji negliżu. Mamy tu istny paradoks. Nagość jest w filmach, na stronach facebookowych promowanych przez gimnazjalistki (sic!), na Instagramie, ale w wersji hard, a nie soft (jak to ma miejsce w przypadku profesjonalnych sesji zdjęciowych z udziałem modelek – one po prostu wykonują swoją pracę). Tam możemy, niczym w ZOO, poobserwować walkę samic o miano tej najlepszej – co musi potwierdzić rozmiar jej miseczki, który często jest bardziej widoczny na zdjęciu niż sama twarz. Nagość jest piękna, jeśli podejdziemy do niej zdroworozsądkowo. Nagość jest wszędzie, ale czemu sutki wzbudzają tyle kontrowersji? Akcja ma na celu wzmocnienie pozycji kobiet, chociaż Daria, nie powiedziałabym, że jest stricte związane z ruchami feministycznymi, moim zdaniem nie. Bardziej chodzi o brak zgody na taką formę cenzury. Jest walka o równość, ale też poruszenie obecnego w mediach problemu agresji oraz przemocy wobec kobiet. Mężczyźni mogą chodzić bez koszulek (często w mieście w środku lata niestety – pamiętajmy, ulica to nie plaża), kobiety zaś mogą być za to karane, kiedy chcą OPALAĆ się bez staników. Z taką sytuacją spotkały się mieszkanki Szczecina, które sąd jednak w końcu uniewinnił.

Doskonale przedstawiła to reżyserka i autorka filmu „Free the Nipple” Lina Esco, która w wywiadzie dla portalu Huffington Post (http://live.huffingtonpost.com/r/segment/lina-esco-free-the-nipple-campaign-/52af57a402a7605733000787) opowiedziała o swojej krótkiej produkcji oraz zaangażowaniu gwiazd. Dajmy wyraz temu, co czujemy i nie pozwólmy, by inni narzucali nam swoje racje, oto jej przesłanie.


sobota, 4 kwietnia 2015

TIDAL, czyli jak dać muzykowi zarobić?





KAROLINA: Kasety, płyty CD… nie wiadomo kiedy, odeszły do lamusa. Sama mam takie ‘starocie’ w domu. Zapewne za parę lat mogę spodziewać się pytania: „A co to?” Wtedy poczuję się jak dinozaur. Ale do rzeczy. Teraz przyszedł czas na serwisy streamingowe, które miały zapobiec piractwu szerzącemu się w internecie. Niestety, na ogół większość pieniędzy biorą dla siebie, znikomą ich część przekazując artystom. Dzięki temu za niezbyt wygórowaną cenę mamy dostęp do twórczości najważniejszych wykonawców.

I tak po Spotify, Deezerze czy WIMPie przyszedł czas na zakupiony za 56 milionów dolarów przez Jaya - Z TIDAL. Madonna, Usher, Beyonce, Rihanna, Calvin Harris, Kanye West, Alicia Keys i przede wszystkim Jay - Z pokazali, kto dyktuje warunki na światowym rynku muzycznym. Ma być inaczej: pomysł wyszedł w końcu od muzyka - wizjonera, który razem ze swoją żoną Beyonce tworzy najlepiej zarabiającą parę w show - biznesie. Dzięki nim piosenki najlepszej jakości, teledyski oraz inne zakulisowe dodatki wideo, kiedyś do ściągnięcia tylko w USA i Wielkiej Brytanii, teraz już od 19,99 zł będą dostępne w Polsce.

Na co to komu?

Muzyka kosztuje, płyt kupuje się (niestety) coraz mniej: więcej zarabia się na reklamach pasztetów albo koncertach w supermarkecie. Zamiast skupić się na muzyce, artyści myślą o tym, z czego się utrzymać. Czy nowy serwis wygryzie Spotify, posiadające jak na razie monopol w tej branży? Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że TIDAL promują największe nazwiska muzyczne ... ALE za promocję nie biorą ani grosza. Nie muszą. Chcą zrobić coś dla innych! Tak trzymać!




JUSTYNA:

#TIDALforALL?

Cała akcja promocyjna TIDAL była przeprowadzona z zaangażowaniem największych gwiazd muzyki (chociaż nie ma się czemu dziwić: Jay - Z ma raczej wysoko postawionych przyjaciół ;] Hashtag #TIDALforALL, którym gwiazdy oznaczały zdjęcie przedstawiające turkusowe tło, hulał na fanpage’ach i profilach na Instagramie takich sław jak Beyonce, Kanye West czy Rihanna. Na konferencji prasowej TIDAL też nie zabrakło największych gwiazd. Nie oszukujmy się: nie jest łatwo zgromadzić w jednym miejscu osoby, które trzęsą całym przemysłem muzycznym w Stanach Zjednoczonych, ale czego nie robi się dla Jaya -  Z?? Zwieńczeniem konferencji było złożenie przez artystów podpisów na „magicznej deklaracji”. Momentem, który trochę mnie wybudził (najpierw z dość monotonnej przemowy Alicii Keys, mówiącej o innowacyjności produktu, a następnie z wpatrywania się w kolejkę gwiazd) był wyczyn Madonny, która widocznie bardzo chciała się wyróżnić na tle innych (poza oczywiście wiekiem) i w czasie składania podpisu zarzuciła nogę na stół – TO NA PEWNO BYŁO INNOWACYJNE.

Czemu platforma TIDAL ma szansę na sukces?

Po pierwsze i najważniejsze – jest stworzona przez artystę dla artystów i fanów, którzy ZNAJĄ się na dobrej muzyce i widzą różnicę, jeżeli chodzi o jakość nagrań (co wcale dla wielu ludzi nie jest takie oczywiste). Poparcie tak wielu gwiazd też zapewne nie pozostanie bez znaczenia dla popularności tego serwisu muzycznego (podobno warunki zapłaty za liczbę odtworzeń są o wiele lepsze, niż w przypadku Spotify).  

Po drugie – czy inne kanały streamingowe oferują ekskluzywne video z gwiazdami takimi jak Rihanna, Calvin Harris czy Kanye West? Odpowiedź brzmi: NIE. Gwiazdy obiecały również zamieszczać materiały zza kulis kręcenia swoich teledysków, oczywiście również jak najlepszej jakości. Nie można w przypadku TIDAL mówić o jakiejś wielkiej rewolucji, ponieważ w wielu kwestiach przypomina on Spotify. Jednak TIDAL porusza kwestię bliską wszystkim osobom związanym z muzyką – stawia na JAKOŚĆ odtwarzania. Zobaczymy, czy zostanie za to doceniony!




DARIA: Niby ten kolejny serwis streamingowy to dobra wiadomość ... ALE też sygnał, że dobrnęliśmy do ściany: czy muzyka może być JESZCZE powszechniejsza, tańsza i lepsza jakościowo? Przechodząc długą drogę od słuchania na żywo przez gramofony, radia, magnetofony, walkmany, discmany, MP3, iPody, aż do Spotify i wspomnianego TIDALA, historia zatoczyła koło i dziś wracamy do punktu wyjścia.

Muzyka przez internet dostępna jest dla mas, straciła więc swoją aurę fajności. Czasy są takie, że liczy się oryginalność, każdy chce się czymś wyróżnić – korzystanie z serwisu streamingowego raczej cię nie wyróżni. Dlatego gwiazdy, którym (zwłaszcza finansowo!)  nie sprzyja ta demokratyzacja, poszukują wyjątkowości i elitarności wracając do źródeł i nagrywając ... płyty winylowe. Nie wiem czy wiecie, ale nawet ikona postępu Jay – Z zlecił wytwórni Third Man Records należącej do Jacka White’a wydanie swego ostatniego solowego albumu „Magna Carta Holy Grail” w limitowanej, winylowej edycji 1000 sztuk. Jack White to w ogóle gorący orędownik winyli – mimo, że założona przez niego grupa The White Stripes przestała istnieć 4 lata temu, postanowił uczcić 10 rocznicę premiery ich albumu „Get Behind Me Satan” ... tak, zgadliście – wypuszczeniem edycji winylowej.

18 kwietnia obchodzimy ogólnoświatowy Record Store Day – Dzień Sklepów Płytowych. Czy dzięki tym wszystkim TIDALOM i Spotify’om chętnych (i powodów) do świętowania będzie z roku na rok coraz mniej? Czy płyty czeka smutny los kaset, zalegających gdzieniegdzie na strychach i w magazynach tych sympatycznych panów, którzy handlowali nimi na bazarkach w latach 90? Czy może KUPOWANIE (bo to jest w tym wszystkim najważniejsze) płyt stanie się domeną wybrańców, którzy mogą sobie na to pozwolić i nie mają dylematu „płyta czy obiad w tym tygodniu?” Paradoksalnie, zamiast demokratyzacji spowoduje to hierarchizację społeczeństwa: bazę będą stanowić słuchający przez internet, nadbudowę klasa średnia z kolekcjami ulubionych artystów na CD, a wierzchołek, top of the top, melomani i snobi, którzy kupili sobie obecność w elitarnym, 1000 – osobowym klubiku z winylem Jaya – Z. 

środa, 1 kwietnia 2015

Restaurant Weekend i foodtrucki: hot or not?

www.freepik.com

JUSTYNA:

Restaurant Week czy Food Truck?

Od zarania dziejów świat człowieka kręcił się wokół tego, co zjeść i jak to pożywienie zdobyć. Polowanie na uciekające posiłki zamieniono na Food Trucki  i Restaurant Weeki, gdzie to jedzenie wychodzi nam naprzeciw! Do skorzystania z tych smacznych usług zachęcani jesteśmy nie tylko kampanią reklamową, która prawie usadza nas przy zarezerwowanym stole, ale także (lub przede wszystkim) CENĄ. Kto nie chciałby skorzystać z okazji zjedzenia posiłku w całkiem dobrej, a może i bardzo dobrej knajpie w cenie 40 ZŁ?

Food truck to już trochę inna bajka. Tzw. jedzenie na kółkach „przyjechało” do nas z Ameryki, gdzie samochód z fast foodem stoi niemal pod każdą szanującą się korporacją. Tzw. rekiny biznesu nie marnują czasu na jedzenie. Raz, dwa, winda (spojrzenie na zegarek), schody, przysmak (spojrzenie na zegarek) i w 5 minut jesteśmy z powrotem, aby przypadkiem świat się nie załamał, bo 10 minut nie było nas przy komputerze (zjawisko zwane „urokiem kapitalizmu”). Ale nie dramatyzując (choć mam to w zwyczaju) - food trucki popularność zyskują na różnego rodzajach festiwalach muzycznych, gdzie po okresie „suszy” przychodzi faza głodu. ;] (if u know what i mean)

W Polsce food trucki to okazja do najedzenia się do woli. Ostatnio z otwartymi ramionami przywitał się z nimi Stadion Narodowy. Tłumy przybyłych świadczą o tym, że jest to całkiem dobry BIZNES. Tanio, szybko – mamy dwie zalety. Nie wiem, jak na tego typu przysmaki reaguje sanepid lub Magda Gessler, która za bardzo nie miałaby miejsca, żeby przeprowadzić tam „Kuchenną Rewolucję” (i porzucać talerzami).

Słyszeliście może o New York Restaurant Week, London Restaurant Festival  czy Copenhagen Dining Week? Nie? To czas to zmienić. Warszawa uczy się od najlepszych. Bo jeżeli udało się tam, czemu nie  miałoby przyjąć się w Polsce? Przecież pretendujemy do miana europejskiego Nowego Jorku, czyż nie? :)




KAROLINA:

Restaurant Week: promocja czy zarobek? Wrócicie czy nie?

Pierwsza październikowa edycja Restaurant Week 2014 w wydaniu warszawskim już za nami.  W ostatni weekend marca odbył się z kolei Warsaw Italian Weekend (27-29.03), a ja jako fanka włoskiej kuchni, nie mogłam tego przegapić. Byłam, widziałam, jadłam, to mogę się wypowiedzieć. Pomysł organizatorów przyjął się idealnie, ludzie tłumnie ruszyli do restauracji. W końcu za jedyne 39 zł mogli zjeść 3-daniowy posiłek. Taki kulinarny weekend jest doskonałą promocją dla każdego miejsca, dlatego dziwię się niektórym właścicielom, którzy za te 39 zł chcieli na ludziach zaoszczędzić. Uwaga: klienci już nie wrócą. A zła reklama będzie ciągnąć się przez długi czas. Już w dzieciństwie uczono nas, że albo umiemy się bawić, albo nie*. (*zgłaszając swoją restaurację zgadzamy się na udział w zabawie z uwzględnieniem wszystkich jej zasad). Dla mniej wtajemniczonych i łopatologicznie – ludzie za 39 zł chcą się zwyczajnie najeść.

Jeśli chodzi o Warsaw Restaurant Week, to tutaj był gdzieniegdzie problem ze zrozumieniem definicji 3-daniowego posiłku. Z pewnością nie jest to kawałek sałaty podawany w słoiczku wielkości solniczki (chyba, że robimy Warsaw Diet Weekend dla blogerek modowych), jaki zaserwowała Aioli na Świętokrzyskiej. Ryba smutnie patrzyła na mnie z talerza, a deser, bodajże z dyni, musiałam najpierw znaleźć na stole, bo był tak ‘wielki’, że zasłoniła go (chyba ze wstydu) leżąca obok serwetka. Wyraźnie wyróżniało się El Popo czy Santorini (Kręglickich). Nie było dań degustacyjnych, tylko normalne porcje serwowane jak co dzień o każdej porze.

La vita e’ bella, czyli włoski weekend w Warszawie

Na weekend włoski zdecydowałam się na La Tomatinę. Byłam pod wrażeniem. Oni po prostu wiedzą, jak się bawić. Ceny przystępne, adekwatne do wielkości i jakości serwowanych potraw. Jedzenie wyśmienite, porcje ogromne, a tłumy stojące przed wejściem mówiły same za siebie. Za 39 zł mogliśmy przenieść się na chwilę do krainy włoskiej rozkoszy. Chociaż na tak syte posiłki polecam zdecydowanie godziny popołudniowe, a nie późnowieczorne (zapłaciłam za to koszmarami o dziwnych stworach, ale podobno tak się zdarza po przejedzeniu).

Polecane jest również Chianti i San Lorenzo - obydwie zebrały doskonałe opinie.

Włoska kuchnia jest jedną z najlepszych i najpopularniejszych na świecie i szczerze wszystkich zachęcam do odkrywania jej nowych smaków.

Do kolejnego (smacznego) spotkania! A presto!





DARIA:                                                                                                     
Żarcie na kółkach – i na luzie

Jedzenie staje się nowym seksem, nową modą, nową przyjemnością, sposobem na życie i spędzanie wolnego czasu – można wywnioskować po minionym weekendzie. Karolina opisała Italian Weekend - dla tych, którzy preferują luźniejszy klimat i niższe ceny, była druga opcja: „Żarcie na Kółkach – Start Sezonu”. Na Błoniach Stadionu Narodowego nastąpiła inwazja food trucków – organizatorzy chwalili się, że nigdy jeszcze nie było ich tak wiele na raz w jednym miejscu :) Z góry wyglądało to jak obozowisko przed Woodstockiem: podejrzewam, że ostatni raz tyle dziwnych, kolorowych wehikułów zjechało właśnie na hipisowski festiwal (choć nad nimi unosił się pewnie zgoła inny zapach ;)

Jak wybrać food truck?

Kiedy podeszłam bliżej, poczułam się jak dziecko w wesołym miasteczku: chcę i na diabelski młyn, i na samochodziki, i do domu strachów, NARAAAAAZ! Ale wiedząc, że nawet mój żołądek ma jakieś granice pojemności, musiałam się na coś zdecydować. Podstawa to dobry research: często je się na stojąco, dobrze więc wziąć coś poręcznego, co można ugryźć nie bojąc się, że połowa dania wypłynie z drugiej strony. Ja mam też pewną awersję do burgerów: zawsze kiedy biorę takiego do ręki mam wrażenie, że szczęka wypadnie mi z zawiasów. Tego dania po prostu nie da się spożyć kulturalnie przy ludziach – potrzeba odosobnienia, dużo wody i serwetek/ręczników (prawie jak przy porodzie). Wybierając food truck, należy też zastanowić się nad swoim konformizmem i skłonnością do podążania za tłumem: czy to, że gdzieś są największe kolejki znaczy, że jest tam najlepsze jedzenie? Czy może po prostu obsługa nie nadąża? Ja staram się zawsze szukać czegoś dziwnego, innego, czego nigdy wcześniej nie próbowałam. Zapiekankę/burgera/kanapkę mogę zjeść zawsze, mnóstwo jest knajp, które je serwują. Doceniam pomysł i oryginalność.

Czekanie na przyjemność

Skierowałam się więc do kolorowego Kingston Town Patty, gdzie dwóch wyluzowanych kolesi w wielkich jamajskich czapkach serwowało różne rodzaje patti (czyli rodzaj pieroga wielkości dłoni) i trójkolorowe sorbety w cudnych butelkach z palmami, które robiły furorę - niestety po kilku godzinach butelek zabrakło, więc o sorbecie się nie wypowiem :/ Patti z kurczakiem curry było pyszne i egzotyczne, ale nie zrekompensowało 40 – minutowego oczekiwania. Dobrze byłoby więc usprawnić proces produkcji. Poszłam więc „dojeść się” do Good Luck Food Truck. Kolejki nie było w ogóle, do wyboru bodajże 2 dania, ALE JAKIE! W ciągu 5 minut podano mi najlepszą tortillę, jaką w życiu jadłam: była tam pieczona szynka, białe wino, pomarańcze, cynamon, mnóstwo przypraw – wow! Choć z początku chciałam iść na tacos serwowane naprzeciwko (bo wielka kolejka, to pewnie coś jest na rzeczy), nie żałowałam.

Kiedy kolejny zjazd?

Ogólnie pomysł świetny – podejrzewam, że pewne niedociągnięcia wynikały z tego, że zainteresowanie przerosło oczekiwania. Dlatego po 4 – 5 godzinach na niektórych truckach pojawiały się napisy „Jesteście świetni! Sprzedaliśmy wszystko”, albo z kilkunastu pozostawały 2 – 3 opcje.  Mam nadzieję, że truckowcy wyciągną wnioski i już perfekcyjnie przygotowani zjadą na startujące w maju „KCę jeść! Czyli food trucki w byłym KC PZPR!” Udział w wydarzeniu zadeklarowało na Facebooku już 5,7 tys. osób, więc szykujcie się! A kto nie wytrzyma, niech skorzysta z aplikacji „Truck me”, pozwalającej zlokalizować food trucki znajdujące się w okolicy, sprawdzić ceny, menu i pobrać kupony zniżkowe. Jak ktoś kiedyś powiedział: „Głodny? Na co czekasz!” ;)

sobota, 28 marca 2015

Współczesne wersje bajek Disneya #princecharming #selfie?

www.pinterest.com
                           



JUSTYNA: Kto nie kocha bajek? Ja jestem ich wielką fanką! Tam wszystko jest jasne – zawsze dobro wygrywa ze złem, a boski książę zakochuje się w niewinnej, ale pięknej dziewczynie. W bajkach liczy się skromność, dobroć, odwaga i wyznawane wartości (o czym w tych czasach często się zapomina). Ale do rzeczy!



Współczesna ekranizacja „Królewny Śnieżki” z 2012 roku z Lilly Collins w roli głównej jest … WSPANIAŁA! Przyznam, nie jestem obiektywna, bo jak już wcześniej napisałam – KOCHAM BAJKI! Dają mi one wiarę w człowieka i jego dobre zamiary ;] Ale zacznijmy od krótkiego wprowadzenia. Otóż: nie wiem czy wiecie, ale Śnieżka, bohaterka jednej z baśni braci Grimm, była NIEMKĄ - ciężko będzie w to uwierzyć –  przy tym również PIĘKNĄ. Jak to zwykle bywa, największym wrogiem urodziwej kobiety jest druga kobieta. Śnieżka w wydaniu amerykańskim jest odważna, ale nie naiwna. Oglądając film zadałam sobie właściwie jedno pytanie, gdy w napięciu oczekiwałam na scenę kulminacyjną z zatrutym owocem: „GDZIE JEST TO CHOLERNE JABŁKO??”. Motyw z jabłkiem w świetny sposób został zawarty w końcowej scenie filmu, kiedy to Śnieżka zgodnie z tradycyjną wersją powinna ugryźć owoc, ale nie robi tego i  zwraca się do swojej macochy (która pod wpływem utraty mocy straciła również swoją urodę) słowami:  „WAŻNE, ŻEBY W PORĘ ZROZUMIEĆ, ŻE SIĘ JUŻ PRZEGRAŁO”.

Bo Śnieżka WALCZY, jest dziewczyną z charyzmą, którą w prowadzeniu walki wręcz wyszkoliły same KRASNOLUDKI! (możliwe tylko w filmach amerykańskich). Królewna nie czeka na ratunek zamknięta w wieży, ale bierze życie we własne ręce. To ONA odczarowuje księcia z uroku, który rzuciła na niego wredna Królowa, TO ONA ratuje krasnoludki przed złymi siłami, TO ONA w końcu WYGRYWA z mściwą macochą. Prawdziwe GIRL POWER! Książę nie jest w filmie idealny, czasem zbyt łatwowierny, pakuje się w kłopoty, z których wyzwala go kobieta! To się nazywa gender.

www.polki.pl
Mamy do czynienia z prawdziwym natarciem bajek w kinach. Dlaczego? W głębi duszy każda z nas chciałaby pewnego dnia poczuć się jak księżniczka. Współczesne adaptacje bajek nie są animowane, ale dają nam bohaterów z krwi i kości. I w tym tkwi ich ogromna moc. Śnieżka jest współczesną 18-latką, która walczy o siebie, o księcia (tak jak w codziennym życiu, trafia się taki 1 na milion) i o sprawiedliwość. Nie przyjmuje wszystkiego takim, jakie jest. Nie ma Snapchata, Instagrama, pewnie nie wie też, co to selfie. Ma za to zasady i wartości, których nie wyrzeka się nigdy.

„Winię Disneya za moje wysokie oczekiwania względem mężczyzn!”  i dodałabym do tego jeszcze „ORAZ  WYIDEALIZOWANY OBRAZ ŚWIATA”. Chociaż nie. Jestem idealistką i wierzę w to, że dobro zawsze zwycięża, a zła karma wraca. ZAWSZE.




KAROLINA: Bajki Disneya w wersji fabularnej? Czemu nie! Powiem nawet, że bardzo mi się to podoba! Z sentymentem wspominam czasy, kiedy to bajki uczyły nas pewnych wartości i zasad. Byli i źli, i dobrzy – jak to w życiu, ale dobro zawsze zwyciężało. „Kopciuszek” w najnowszej wersji według Kennetha Branagha żyje w myśl zasady: „Bądź odważna i dobra”, bo to wpoiła jej matka na łożu śmierci. Czy Ella, a raczej Cinderella miałaby rację bytu w dzisiejszych czasach? Mogłoby być ciężko.

Teraz trzeba być twardym, gotowym poświęcić innych kosztem własnego dobra, myśleć o sobie bądź o tym, jak wykosić konkurencję i wspiąć się na szczyt po trupach. Bo jak nie my, to inni zajmą nasze miejsce. Na szczęście te chore myśli nie kierowały Kopciuszkiem. Ona spokojnie, w rytm melodii „TIRLIRIRLI”, czekała na rozwój wydarzeń. Polecam szczególnie ostatnią scenę, w której Kopciuszek ma za przeproszeniem totalnie wyje**** na to, że jest zamknięta w wieży, bo macocha – grana przez świetną Cate Blanchett – nie chciała, by spotkała się z księciem, który czekał na dole, bo była ostatnią panną w mieście, na którą pasował ów szklany pantofelek, który otrzymała od ironicznej wróżki – tu doskonała rola Heleny Bonham Carter! Generalnie, im więcej kobiet, tym więcej komplikacji.

Dodaj napis
ALE czego uczy nas „Kopciuszek” XXI wieku? Wszystko przebiega zgodnie z planem braci Grimm.  Nic nie zaskakuje, nic nie odbiega od pierwotnych treści, jest książę, jest zła macocha, szalone i mało rozgarnięte siostry i piękny oraz dobry Kopciuszek, który znosi dzielnie wszystkie pomyje wylewane na nią przez zawistnych ludzi. Jest konsekwentna, trochę naiwna, ale optymistycznie patrzy w przyszłość – wierzy, że wszystko, co dobre jest jeszcze przed nią! I może warto czasami popatrzeć przez różowe okulary „Kopciuszka”, odciąć się od żółci, jadu, chęci zemsty, patrzeć przychylnym okiem na innych i robić swoje. Wybaczać, odsuwać od siebie negatywnych ludzi (którzy sami zatrują się swoim jadem) i iść do przodu. TIRLIRIRLI (Chociaż książę mógłby być przystojniejszy, ale wiadomo – rzecz gustu!)




DARIA: Macie rację zauważając, że wspólnym mianownikiem wszystkich nowych wersji starych bajek staje się „girl power”. W ogóle mam wrażenie, że te bajki – od „Alicji w Krainie Czarów” Tima Burtona z 2010 roku, przez dwie wersje „Królewny Śnieżki” (bo oprócz tej opisanej przez Justynę w 2012 roku powstał jeszcze film „Królewna Śnieżka i łowca” z Kristen Stewart w roli głównej), aż do tegorocznych „Kopciuszka” czy „Tajemnic lasu” z Meryl Streep  – skierowane są bardziej do dorosłych niż do dzieci. Wątpię, żeby kilkulatki szły do kina na Johnny’ego Deppa, Anne Hathaway, Chrisa Hemswortha czy Charlize Theron. Bajki, w których grają ulubieńcy dorosłej publiczności, również do niej kierują swój przekaz: są mocno ironiczne, tradycyjna historia serwowana jest z przymrużeniem oka, a żelazne elementy fabuły pokazywane z zupełnie innej perspektywy. Pytanie brzmi: czy to znaczy, że dzieci tak szybko dorastają i bez problemu załapią te aluzje, czy też dorośli dziecinnieją, i nie chcąc opuszczać magicznej krainy Disneya stają się – notabene – Piotrusiami Panami (a właśnie – pora na ekranizację tej bajki!). 

Wiadomo, że z własnej i nieprzymuszonej woli na tego typu filmy prędzej pójdą kobiety (faceci są zaciągani przez dzieci i/lub partnerki). Podejrzewam, że to właśnie z tego powodu bajki zawierają dosyć feministyczny przekaz, w stylu: to fajnie, że jesteś ładna, ale żeby poradzić sobie w życiu musisz polegać głównie na sobie, nie uratuje cię żaden książę, więc sama o siebie walcz pięściami, sprytem i intelektem.

www.heyuguys.com
Kwintesencją tego podejścia jest dla mnie zeszłoroczna „Czarownica” z Angeliną Jolie w roli głównej. Następuje tutaj odczarowanie postaci Diaboliny, która od 1959 roku (kiedy to narodziła się w animowanej wersji Disneya) stanowi uosobienie strasznej baby. „Czarownica” mówi nam: halo, ona nie ma zje***nego charakteru, tylko ktoś ją skrzywdził! I to w dodatku dobry król Stefan, który w oryginale wydaje się być takim mądrym patriarchą i troskliwym ojcem, niszczonym nie wiadomo czemu przez zawziętą wariatkę. A tutaj okazuje się, że Stefan w młodości przyjaźnił się z Diaboliną, ale żeby zdobyć tron i koronę zdradził ją, odcinając jej zaczarowane skrzydła. Ile kobiet może pomyśleć sobie w tym momencie o tych wszystkich facetach, którzy w różnych momentach życia w różny sposób też odcinali im magiczne skrzydła: zabierali siłę, wiarę w siebie i iskierki w oczach. Diabolina na swoim przykładzie pokazuje, że z każdej krzywdy można się podźwignąć. Trzeba tylko przestać skupiać się obsesyjnie na sobie i swoim nieszczęściu, otworzyć się na innych, dać im się do siebie zbliżyć. O tym według mnie jest ten film. Warto też docenić zmianę zakończenia – to jest dopiero... solidarność jajników! :)

Czasami pod adresem nowych adaptacji bajek wysuwa się zarzut, że są zbyt drastyczne, pełne przemocy. Cóż, jak sięgniemy do oryginałów może się okazać, że to raczej wersje, które dzisiaj znamy, są mocno ocenzurowane. Słyszeliście kiedyś o drugiej części „Śpiącej Królewny”, napisanej w 1697 roku przez Charlesa Perraulta? Otóż Aurora i Filip zamieszkują z teściową – matką księcia, która okazuje się być potworem ludożercą, gustującym szczególnie w pieczeni z małych dzieci. Kiedy rodzą się wnuki, babcia ma więc ochotę je zjeść, ale podstępny kucharz podsuwa jej w zamian barana i kozę. W akcie zemsty królowa chce wrzucić kucharza i całą rodzinkę (of course, poza synkiem) do wanny pełnej żmij, jednak końcowo sama w niej ląduje. To jak, którą wersję wolicie – Anno Domini 1697 czy 2015? ;)