niedziela, 30 grudnia 2012

Christmas movies: home made czy z importu?



Źródło: http://www.filmweb.pl

Źródło: http://www.filmweb.pl
















Jako że święta już minęły, radosny nastrój towarzyszący nam przez ostatni tydzień zmienił się w poświąteczną zgagę i zgorzknienie. Dźwięk „Last Christmas” w radiu, widok lampek na ulicach czy choinki we własnym domu są jak resztki jedzenia w zębach – przykre wspomnienie ulotnej przyjemności. Ale pamiętajmy, że oczekiwanie na przyjemność jest większą przyjemnością niż sama przyjemność. A co wprowadza nas w klimat oczekiwania na święta – poza kalendarzem adwentowym i pojawieniem się dobrych mandarynek w sklepach i grzanego wina w knajpach? Filmy świąteczne!! Warto przyjrzeć im się właśnie teraz: kiedy w sercach mamy jeszcze resztkę świątecznej euforii, a w lodówce resztkę bigosu, jednak jesteśmy już w stanie na chłodno zanalizować, co w całym tym szaleństwie było lepsze, co gorsze, bez czego nie możemy żyć, a z czego należy zrezygnować. 

Postanowiłam przyjrzeć się bliżej dwóm produkcjom, które w przeciągu ostatniego dziesięciolecia nie miały sobie równych w kategorii „filmy świąteczne” (umówmy sie, Kevin jest poza wszelkimi kategoriami, wszyscy go kochamy, a więc nie oceniamy): chodzi o „To właśnie miłość” i „Listy do M”.  Pierwsza z nich to amerykańsko – angielska koprodukcja z 2003 roku, która zapoczątkowała nowy podgatunek komedii romantycznej – patchwork, opowieść wielowątkową, sklejoną z wielu różnorodnych kawałków podobnej wielkości. Polskie „Listy do M”, które weszły do kin w listopadzie zeszłego roku, powielają ten schemat: reżyser Mitja Okorn wziął patchwork wydziergany zgrabnie przez Richarda Curtisa, rozpruł go, po czym zszył na nowo bardzo grubymi nićmi, dodając dużo tradycyjnych polskich wstawek i mając nadzieję, że ożywią one ten angielski wyrób i uczynią go bardziej „naszym” i swojskim. Hm, ja osobiście wolę Monę Lisę bez wąsów – po co obrzydzać arcydzieło?;)

Źródło: www.mymodernmet.com

Już tytuły filmów zwiastują, czego należy się spodziewać: w „To właśnie miłość” naprawdę wszystko kręci się wokół miłości. I choć Hugh Grant oznajmia nam we wstępie, że istnieją różne jej rodzaje - między rodzicami a dziećmi, między starymi przyjaciółmi – to jednak ogromna większość wątków zbudowana jest wokół motywu miłości między kobietą a mężczyzną – czyli właśnie tego, czego oczekujemy od komedii romantycznej. Natomiast „Listy do M” piszą, jak wiadomo, głównie dzieci. I to właśnie one są głównymi bohaterami tego filmu,  to z ich perspektywy najczęściej oglądamy wydarzenia, przedstawione zresztą w taki sposób, aby dzieci mogły obejrzeć film bez zgorszenia.

Źródło: www.portalfilmowy.pl

W „To właśnie miłość” mamy 9 wątków. Tylko w 1 z nich dziecko występuje jako kluczowy, pierwszoplanowy bohater: Sam, 9 latek, który właśnie stracił mamę i został pod opieką ojczyma.  Jednak bardziej niż tragedią rodzinną przejęty jest próbą zwrócenia na siebie uwagi „najfajniejszej dziewczyny w szkole”. Poza tym mamy tylko 2 dzieci Harry’ego (A. Rickman) i Karen (E. Thopmson), jednak ich rola ogranicza się do istnienia i uświadomienia nam, że Harry ma rodzinę. W „Listach do M” sytuacja wygląda zupełnie inaczej: na 6 wątków obecnych w filmie tylko w jednym (i to chyba tylko dlatego, że zbudowany jest wokół postaci geja) nie ma dziecka. Poza tym mamy pełne spektrum dziecięcości od okresu prenatalnego do 18 roku życia: ciąża zakończona szczęśliwym rozwiązaniem w wigilijny wieczór, mała dziewczynka, która uciekła z domu dziecka w poszukiwaniu miłości, chłopiec, który stracił mamę i został sam z ojcem (coś Wam to przypomina?), podwórkowy rozrabiaka z trudnego domu oraz zbuntowana nastolatka. Na ogół jest tak, iż postaci dziecięce mają stanowić pewne uzupełnienie postaci dorosłych, wzbogacić je trochę, nadać im kontekst. W tym filmie jest inaczej: wszystkie działania, myśli i motywacje dorosłych bohaterów są warunkowane przez dzieci – zimną karierowiczkę roztapia kolęda zaśpiewana przez małą dziewczynkę, lubieżny Mikołaj zmienia swoje życie i decyduje się wziąć na bary sporą odpowiedzialność pod wpływem chłopaka, który ukradł mu telefon, zaś spoiwem, które połączyło jedyną (!) w tym filmie parę, która nie posiadała wcześniej wspólnych dzieci jest...syn bohatera – to dzięki niemu przystojny tata (M. Stuhr) zyskał na nowo kobiece ciepło w domu w postaci Śnieżynki (R. Gąsiorowska), która spadła tam z nieba i już została czując i widząc, jak bardzo jest potrzebna.

Źródło: film.dziennik.pl

Na tym tle „To właśnie miłość” jawi się prawie jak soft porno – jeden z wątków poświęcony jest parze, która poznaje się na planie filmowym, pełniąc rolę statystów w scenach erotycznych ( które są całkiem wyraziście pokazane);  innym bohaterem jest spragniony miłości (głównie fizycznej) Colin, który na święta postanowił wyjechać do USA z „plecakiem wypchanym kondomami” w poszukiwaniu „gorących i napalonych na niego lasek”. Jest też wulgarny stary rockman, który pisze flamastrem na plakacie rywali „mamy małe fiutki” podczas nadawanego na żywo programu dla dzieci, oraz uosabiająca wyuzdaną i niebezpieczną kobiecość Mia, młoda dziewczyna, która wodzi na pokuszenie swojego szefa, statecznego (i starszawego) ojca rodziny. 

Źródło: drafthouse.com

Przybysz z zagranicy po obejrzeniu „Listów do M” w życiu nie uwierzyłby, że mamy najmniejszy przyrost naturalny w Europie – film ten buduje przekonanie, że rodzina (z dziećmi!) to u nas absolutna podstawa, człowiek jest bez niej niekompletny, nieszczęśliwy i dopiero w relacjach z innymi doświadcza poczucia pełni i szczęścia. Zaś rodzinę z problemami może uleczyć tylko zetknięcie z esencją polskości: wielką, tradycyjną, wielopokoleniową rodziną, nieskalaną przez wielkomiejskie zepsucie.

 W „To właśnie miłość” obserwujemy jednostki, które łączą się w pary – w „Listach do M.” pary które zaczynają tworzyć rodziny lub też rodziny, w których bożonarodzeniowa magia przekształca brak komunikacji i chłód w ciepło i miłość. W „To właśnie miłość” jest śmieszniej, w „Listach do M.” – liryczniej. „To właśnie miłość” jest filmem raczej od 15 roku życia, „Listy do M” – bez ograniczeń.  Za to obydwa doskonale spełniają swoją rolę: uświadamiają nam, iż  „christmas is all around us”...

Daria

1 komentarz:

  1. I feel it in my fingers,
    I feel it im my toes :)

    OdpowiedzUsuń